kryzys_wyrozniajace_male

Doświadczenie kryzysu

To będzie dość osobisty wpis. Bo czemu nie? Chcę się podzielić z Wami moimi przemyśleniami i doświadczeniem.

Kryzys to takie brzydkie słowo. Może nawet trochę wstydliwe. Tak strasznie blisko mu do słabości, porażki, straty i tych wszystkich tzw. negatywnych uczuć i emocji. A ja od jakiegoś już czasu bardzo ten stan doceniam. Co więcej, myślę i mówię, że jeśli jesteś w czarnej … to spróbuj się w tym rozsmakować. Brzmi niedorzecznie? Przewrotnie? Niewiarygodnie? No cóż, może trochę tak. Ale może ma swój – nieoczywisty – sens?

Z trudnymi sytuacjami spotykamy się częściej lub rzadziej. Bezpiecznie można założyć, że każda i każdy z nas mierzy się z jakimiś problemami. Indywidualną kwestią pozostaje jaką są to problemy i w jaki sposób nimi zarządzamy. Dzisiejszy świat – tempo i styl życia, wymagania i oczekiwania, promowane ideały i postawy – pozostawiają mało miejsca na to, co niedoskonałe. A co w sytuacji, gdy mierzymy się z wielką stratą? To może być zawodowe niepowodzenie, koniec ważnej relacji, niezrealizowane marzenie. Strategie radzenia sobie z takimi doświadczeniami mogą być różne. Repertuar jest bogaty, każda/y ma swoje preferencje lub po prostu nawyki radzenia sobie z trudnościami. Można zakasać przysłowiowe rękawy i szybko wziąć się do pracy, nadrobić z nawiązką stratę i czym prędzej zapomnieć o całym nieporozumieniu. Można sprawę zracjonalizować – słodkie cytryny i kwaśne winogrona są zawsze pod ręką;) Można też rzucić się w wir hedonistycznych „zapominajek” – zakupy, impreza, alkohol, seriale. Można też spotkać się z własnym bólem.

 

Spotkanie z własnym bólem

Warto spróbować dać sobie czas i zastanowić się, co tak naprawdę czuję. Czy to złość, smutek, czy strach? A może wszystko po trochu? Czy za tą złością chowa się ból, a za strachem nadszarpnięte poczucie własnej wartości? Takie zatrzymanie się i wgląd w siebie wymaga czasu, uważności, pewnej czułości wobec samej/samego siebie i – jakby nie patrzeć – odwagi.

Możesz się zdziwić, gdy świadomie zwrócisz uwagę na swoje myśli o sobie w sytuacjach, kiedy coś idzie nie po Twojej. Potrafimy w myślach nawrzeszczeć na siebie z powodu mniejszych lub większych niepowodzeń, jak: spóźnienie na spotkanie, niezrealizowane na czas zadanie, mało błyskotliwa riposta, marna randka, średnia prezentacja, przegrana oferta.  Co w takich sytuacjach o sobie myślisz? Czy to, co sobie mówisz w myślach powiedziałbyś w analogicznej sytuacji do przyjaciela?
…właśnie.

Można doświadczyć trudnej sytuacji i fali uczuć z nią związanych bez karcenia siebie, ale i bez nadmiernego rozczulania się nad sobą, jednocześnie nie ignorując specyficznych potrzeb, jakie pojawiają się w takich momentach?
Jak to zrobić?

  1. Nazwij zdarzenie – chodzi o fakty, a nie Twoją interpretację!
  2. Nazwij uczucia, jakie się w Tobie pojawiają. Nawet jeśli te się dynamicznie zmieniają.
  3. Zastanów się czego potrzebujesz w tej sytuacji. Czy sam/a możesz sobie to dać? Kto i jak może Ci teraz pomóc? Czy zechcesz się po tę pomoc zwrócić?

 

Miłość do siebie

Ostatnie, co chciałabym w tym miejscu robić to dawać receptę na kryzys. Takiej uniwersalnej recepty działających na wszystkich na pewno nie ma. Ale jest coś, w co głęboko wierzę. Szacunek, uznanie i troska wobec osoby doświadczającej trudnej sytuacji. Miłość po prostu, jeśli dotyczy to osób nam najbliższych. 

Czy kryzysie traktujesz siebie, tak jak potraktował(a)byś najbliższą osobę, które mierzy się z trudnością?

 

Samoocena powinna być adekwatna. Jeśli przez nieuwagę albo arogancję zaniedbaliśmy ważne zadanie to trzeba to przyznać i po prostu to uznać. Jeśli przez nieuwagę coś straciliśmy to musimy się z tym zmierzyć. Jeśli nasze kompetencje okazały się niewystarczające wobec jakiegoś wyzwania wiele można się z takiej lekcji nauczyć. To jednak nie powinno mieć wpływu na nasze poczucie własnej wartości. Ono jest związane z nami jako indywidualną osobą, z naszą godnością i niepowtarzalnością. Doświadczenie nie powinna go umniejszać. Miłość do siebie bardzo pomaga w takiej postawie. I mądrze osadza. Kocham i akceptuję siebie to dobra mantra na chwile kryzysu.

 

Kiedy odpuścić?

Skąd wiadomo, czy sytuacja, której doświadczamy jako trudnej to ciekawe wyzwanie, trudność do przezwyciężenia, super okazja do „wyjścia ze strefy komfortu” czy jednak kryzys, któremu należy się nasza uwaga i czułość? To zawsze jest pewna niewiadoma, może nawet dylemat. Pytaniem, które może tu stanowić ważną wskazówkę jest to o nasze nawyki. Czy w trudnej sytuacji raczej odpuszczasz, czy starasz się do końca realizować własne założenia? Gdy Cię coś boli, kosztuje dużo wysiłku to zazwyczaj odpuszczasz, czy mimo przeciwności realizujesz założony cel? Używasz wymówek, czy raczej nadużywasz siebie? Prawdopodobnie jedno z tych podejść jest dla Ciebie odruchowe i wybierane nawykowo, a drugie jest dla Ciebie nietypowe. Niezależnie którą strategię preferujesz na co dzień dla świadomego i pełniejszego przeżycia kryzysu możesz spróbować tej drugiej opcji.

 

Jak doświadczać kryzysu?

To proste – jak chcesz! Masz siłę i werwę, by walczyć i na tę sytuację metafora walki najbardziej Ci pasuje? OK, walcz. Jeśli walczysz zawsze i Cię to zmęczyło możesz sprawdzić, co stanie się, gdy odpuścisz. Daj sobie wtedy czas. Daj siebie miłość i wyrozumiałość, jaką obdarował(a)byś najlepszego przyjaciela w takiej sytuacji. Pytaj siebie: Jak się dziś czuje moje serce? Sprawdzaj, jakie myśli Ci towarzyszą, miej świadomość odczuć. Postaraj się sprawdzać na bieżąco, czego potrzebujesz. I, jeśli to możliwe i sensowne, podążaj za tymi potrzebami. Nie jest to kwestia folgowania wszystkim swoim zachciankom, choć oczywiście czekolada i wino lubią się z kryzysami 😉 Rozróżnienie potrzeb i pragnień to jedna z ważniejszych kwestii w mądrej miłości do siebie. A póki co, może te pytania będą dla Ciebie wskazówką do tego, jakiego kryzysowania w danej sytuacji potrzebujesz najbardziej:

 

→ Co czuję? Czego potrzebuję?

→ Co robię nawykowo, a co jest dla mnie nietypowe?

→ Jeśli mam poczucie straty, co mogę zrobić w danej sytuacji, by ją zminimalizować lub zlikwidować?

→ Czego się uczę w tej sytuacji?

→ Jakie skrajności/różności się we mnie „mieszczą” (np. złość i wdzięczność, strach i brawura, smutek i nadzieja, etc.)?

 

I z całą pewnością nie krzycz na siebie! Nie obrażaj siebie.
Co z tego, że tylko w myślach, działa tak samo destrukcyjnie na umysł, ciało, uczucia i moc do działania.

zdjęcie wyróżniające_BHAG_mniejsze

Osobisty BHAG

Kim jesteś za 10, 20 lat? 
Gdzie i jak żyjesz?
Co robisz?
Jak wyglądasz?
I jak się czujesz? 

Wiesz? Myślisz o tym czasem? Nie proponuję Ci żmudnego planowania, choć to może być ważne i wartościowe. W tym miejscu zapraszam Cię do odważnych wizji.

BHAG to wyzwanie i zachęta do marzenia. I to nie byle jakiego, bo wielkiego!

BHAG

Co to jest BHAG? To akronim z angielskich słów:

Big
Hairy
Audacious
Goal
,

czyli wielki, włochaty, zuchwały cel.

Chodzi tu o niebanalny, odważny i właśnie zuchwały cel. To może być wizja życia albo ważne marzenie, raczej nie codzienna lista ‚todosów’. BHAG ma sam w sobie stanowić marzenie i wyzwanie, które wywołuje uśmiech, ale i trochę onieśmiela. Albo wręcz przeraża!

BHAG ma być:

  1. na tyle ambitny – wielki i bezczelny – by znaleźli się ludzie, którzy zechcą „popukać się w głowę” nad jego nierealnością i niemożliwością. 
  2. i jednocześnie na tyle dostępny, realistyczny i prawdopodobny, byś ty sam/a nigdy nie zwątpił/a, że to najlepszy możliwy plan na twoje życie.

BHAG: korzenie

BHAG to pojęcie związane głównie z biznesowymi strategiami, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by zainspirować się nimi dla rozwoju osobistego i zawodowego. Ta koncepcja pochodzi z książki Jamesa Collinsa i Jerry’ego Porrasa Built to Last: Successful Habits of Visionary Companies. Do dziś jest używany jako inspiracja i podejście w budowaniu strategii.

BHAG może być wizją firmy lub własnej osoby, która cieszy i dodaje przysłowiowych skrzydeł. Powinna być zgodna z Twoimi wartościami, kompetencjami, potrzebami i możliwościami. Powinna też przekraczać pułap tego, co wiesz, że osiągniesz bez trudu. W końcu to hairy cel!

BHAGi, które mogą cię zainspirować:

  • Microsoft: Komputer na każdym biurku i w każdym domu.
  • SpaceX: Umożliwić człowiekowi eksplorację i zasiedlenie Marsa.
  • Google: Zorganizować światową informację i sprawić, by była dostępna i pomocna.
  • Nikt nie powinien zginąć ani zostać poważnie ranny w Volvo wyprodukowanym po 2020 roku.

BHAG: osobista perspektywa

Co może być osobistym BHAGiem? Na przykład jesteś dziś wziętym specjalistą, nieźle zarabiasz, ludzie się z tobą liczą, ale za 10 lat to z Twoim nazwiskiem wszystkim ma kojarzyć się dziedzina, którą się zajmujesz. Pracujesz na uczelni, prowadzisz ciekawe badania, publikujesz co nieco, a za 15 lat chcesz mieć własną katedrę.  Jesteś coachem i przykro ci, z czym większości ludziom kojarzy się coaching, więc chcesz w ciągu 20 lat pomóc przynajmniej milionowi osób i w ten sposób przekonać ich do rozwoju. Rozumiesz? Mierz wysoko, ale wiedz, że jesteś w stanie tego dokonać. I że bardzo tego chcesz.

Jak określić swój BHAG? Kilka pytań, które mogą ci w tym pomóc:

→ Jaki plan, pomysł, marzenie wywołuje w tobie wewnętrzny uśmiech?

→ Czy to marzenie jest zgodne z twoimi wartościami?

→ Jak myślisz, jak będziesz się czuł, kiedy to osiągniesz? A co na drodze do tego celu?

→ Gdy pojawia ci się lekko złośliwa myśl typu: Ja wam jeszcze pokażę to co chcesz pokazać?

→ Co jest jednocześnie twoim obszarem kompetencji, pasji i unikatowości? W jakiej dziedzinie masz szansę być wybitna/y?

→ Co osiągniesz na pewno lub z dużym prawdopodobieństwem w ciągu najbliższych 10-20 lat? Co jest dla Ciebie możliwe, ale trudne do osiągnięcia? A o czym boisz się marzyć?
Swój BHAG możesz znaleźć między odpowiedziami na dwa ostatnie pytania, ale najciekawiej dla Ciebie jeśli zdecydujesz się na tę ostatnią.


BHAG to marzenie i cel. To wyzwanie. Ma być lekko obrazoburcze, bo podważa status quo. Jednocześnie koncentruje energię, wyzwala radość i motywuje. Na zewnątrz może budzić powątpiewanie, ale w środku rozpala wiarę. BHAG to kompas i dopalacz.

zdjęcie_świadoma niekomptencja_małe

Świadoma niekompetencja

Czy można cieszyć się ze świadomej niekompetencji?

Model świadomej i nieświadomej kompetencji bywa także nazywany dołkiem uczenia się i krzywą uczenia się. Pochodzenie teorii nie jest jednoznaczne, ale opisanie jej zawdzięczamy Rameshowi Mahay.

W największym skrócie chodzi o to, że po uzyskaniu biegłości w jakimś obszarze minimalizujemy umysłowe nakłady na jej wykonanie: nie tylko wiemy, jak dane zadanie wykonać, ale i poszczególne jego etapy wykonujemy machinalnie, nawykowo. Klasyczny przykład to jazda samochodem. Jeśli prowadzisz go w miarę regularnie to już od dawna skręt nie jest dla Ciebie sekwencją drobiazgowych czynności, jak włączenie kierunkowskazu, zjechanie na odpowiedni pas, sprzęgło-redukcja biegu-adekwatny gaz, skręt kierownicy poprzez odpowiednie chwytanie jej i przesuwanie, etc. Ty po prostu skręcasz, prawda? Podobnie jest z każdą inną czynnością. Gdy wyrobimy nawyk, nie musimy zastanawiać się i decydować o każdym kolejnym kroku, robimy to skuteczniej i szybciej, pozostawiając sporą dawkę naszej uwagi i koncentracji dla innych spraw. Przysłowiowe schody zaczynają się, gdy pojawia się zmiana. To może być lewostronny ruch albo skrzynia biegów dla przyzwyczajanych do automatów.

Podobnie, sytuacja zmienia się diametralnie, gdy uczymy się czegoś nowego. Czy masz jakieś możliwie świeże wspomnienie uczenia się czegoś? Może tańce, jakaś gra zespołowa, nowe urządzenie? To zawsze wymaga sporo wysiłku na początku. Te niezdarne ruchy, długie minuty dla najprostszych decyzji, a później pierwsze ślamazarne ruchy. I jak to wygląda? No cóż, zazwyczaj estetyka jest wątpliwa, choć bywa urocza. Pełne skupienie, zaciśnięte wargi lub język na wierzchu, wytrzeszczone oczy. W przestrzennych, nowych ruchach nasze ręce i nogi współgrają jakby pierwszy raz w życiu się spotkały. Tak, takie bywają oznaki naszego wysiłku.

nieświadoma niekompetencja – świadoma niekompetencja – świadoma kompetencja – nieświadoma kompetencja

Ta niebywała zgrabność i polot w tzw. dołku uczenia się to świadoma niekompetencja, którą wyznacza moment uświadomienia sobie, że czegoś nie umiemy. Nie dużo lepiej jest na etapie świadomej kompetencji, czyli czasu, kiedy zaczynamy już wykonywać nowe czynności, ale nadal kosztuje nas to sporo uwagi i wysiłku.

Większości własnych niekompetencji nie jesteśmy świadomi, bo nawet o nich nie myślimy – biegłość w japońskim, szydełkowanie, montowanie bojlerów, etc. Uświadomienie sobie własnej niekompetencji to szczególny moment, który poprzedza przełomową decyzję o potrzebie, a może i chęci, poszerzenia danej kompetencji. To nie musi być radosna eureka, to może zwyczajnie wkurzać. Ktoś, kto poświęcił kawał swojego życia na kształcenie znów dowiaduje się, że jest coś nowego, co trzeba przeczytać, przećwiczyć, włączyć do działania. Czasem pojawia się pomysł, by nie tylko doskonalić znane, ale zająć się czymś nowym, nie odkrytą jeszcze dziedziną; wtedy trudno nawet określić, od czego naukę należy zacząć.

Świadoma niekompetencja to także szansa na rozwój i odkrywanie nowego. Wiele zależy od nas: czy to będzie początek fantastycznej przygody, czy kolejna, mozolna robota?

A później świadoma kompetencja, czyli jest lepiej, ale jeszcze długa droga przed nami. W jaki sposób Ty doświadczasz siebie jako osoby uczącej, początkującej? Nauka może być przyjemna, satysfakcjonująca, dodająca energii. Może być także związana z frustracją, stresem, niezadowoleniem. Wiele zależy od tego, czego się uczymy – czy sami wybraliśmy nowe zajęcie lub doskonalenie się w jakimś obszarze; czy jesteśmy w stanie dostrzegać postępy; czy jesteśmy wspierani w wysiłkach i sami siebie wspieramy. Zapewne jest wiele innych czynników, a dla każdego klucz do dobrej nauki może być inny. Czy Ty znasz swój?

Co jest ważne, by nauka była nie tylko skuteczna, ale i przyjemna? Czyli jak cieszyć się ze świadomej niekompetencji:

  • Jasno określony cel – zastanów się, po co właściwie zdobywasz nową kompetencję i nie zapominaj o tym w mozole działania;
  • Realistyczny plan – nikt nie nauczył się skomplikowanej czynności w jeden dzień, zbyt ambitny plan to doskonała recepta na frustrację;
  • Docenianie – już sam fakt podjęcia decyzji o poszerzeniu własnej kompetencji jest wart docenienia, uznanie to paliwo na kolejne etapy;
  • Wsparcie – pozwól sobie pomóc życzliwym Ci ludziom, nie bój się też prosić o pomoc;
  • Pożegnanie perfekcjonizmu – parafrazując Marsellusa Wallace’a z Pulp Fiction Perfekcjonizm tylko boli, a nigdy nie pomaga. Zwalcz go w sobie. Nauka wymaga potknięć, prób i błędów, bezradności, szukania kreatywnych rozwiązań;
  • Poczucie sensu to najlepszy barometr dobrej drogi i adekwatnych działań. Oczywiście, że często uczymy się czegoś, czego wcale nie chcemy, ale i wtedy robimy to ze względu na jakiś inny cel. Jeśli jednak sam/a wybrałeś lub osobiście uznałaś/eś swój obszar nauki to poczucie sensu osadzi Cię i wzmocni w tym procesie.

Co jeszcze dodasz do tej listy?

empatia_wyrozniajace

Dojrzewanie empatii

Czego potrzebujesz? Jak mogę Ci pomóc?
Te pytania to esencja dojrzale empatycznego towarzyszenia.

Wiele razy opowiadałam już o rozwoju empatii, na warsztatach, ale i w czasie towarzyskich spotkań. Zaczęłam się już obawiać, że nudno się powtarzam. Ale, nie okazuje się, że wcale tak nie jest. Dlatego powtórzę się raz jeszcze – bo warto! – i Ci ją tu opowiem.

~~~

Rozwój empatii

Współczesne podejścia do zagadnienia empatii przyjmują różne perspektywy, a wraz z nimi założenia, metodologię badań oraz, często niejawnie, aksjologiczne i antropologiczne podstawy. L. Hoffmana badał rozwój moralny u dzieci ze szczególnym uwzględnieniem empatii. W opisanym przez siebie modelu empatii traktuje ją jako naturalną zdolność, która rozwija się od wczesnego dzieciństwa do (późnej nawet) dorosłości. I tak na najwcześniejszym etapie empatia ma przejawiać się w czymś, co można określić jako emocjonalne „zarażanie się”. Niemowlak, o czym najdotkliwiej mogą przekonać się rodzice bliźniąt, zaczyna natychmiast płakać, gdy słyszy płacz drugiego dziecka. Roczne mniej więcej dziecko, gdy widzi wypadek lub zranienie się innego dziecka może zachować się tak, jakby zdarzenie dotyczyło jego, np. włoży do buzi swój palec, choć przytrzaśnięty został zupełnie inny. Etap związany z kształtowaniem się świadomości i poczucia odrębności generuje inne zachowania. Dziecko, które potrafi już samodzielnie poruszać się może po prostu opuścić pomieszczenie, w którym znajduje się inne, płaczące dziecko. Brak umiejętności świadomego oddzielenia się od emocji drugiej osoby przy jednoczesnym odczuwaniu ich jako przykrych może prowadzić do zachowań ucieczkowych, także u osób dorosłych.

Kilkanaście miesięcy to czas, kiedy dzieci zaczynają zdawać sobie sprawę ze swojej inności i niezależności. W eksperymentach badających rozwój empatii podejmują aktywność, by pomóc innemu dziecku, które płacze. Najpierw robią to stosując rozwiązania, które im pomagają i dają pocieszenie – przynoszą własnego misia lub przyprowadzają swoją mamę. Dwulatki z kolei stają się bardziej wrażliwe na sygnały z otoczenia, a przez to i na potrzeby innych, bo uświadamiają sobie lepiej różnice pomiędzy różnymi osobami. Wtedy też pojawiają się zachowania, które można określić jako jedne z pierwszych decentracji – dziecko stawia się w sytuacji drugiego – płaczącemu dziecko jest wtedy w stanie przynieść jej/jego misia lub przyprowadzić jej/jego mamę.

W późniejszym dzieciństwie, wraz z rozwojem moralnym, pojawia się możliwość doświadczania współczucia i rozumienia sytuacji, których nie dotyka się bezpośrednio. Rozumienie czyjejś perspektywy, sytuacji i odmiennego postrzegania jest najdojrzalszym stopniem empatii. Możliwe staje się empatyzowanie z całymi grupami, współodczuwanie jakiś sytuacji i łączenie się w uczuciach, także w taki sposób, który daje impuls do podjęcia działania. Działania związane z dojrzałą empatią nie powinny polegać na dawaniu rad czy prostych rozwiązań, bo ani o rybkę, ani o wędkę na tym etapie nie chodzi, lecz o tzw. mentalność rybaka. Empatyczna dojrzałość wyraża się tu w pytaniu: Jak mogę Ci pomóc? Czego potrzebujesz? Nie daje rad ani nie proponuje gotowych rozwiązań.

 

Praktyczna użyteczność

Zakładam, choć jest to głównie intuicja, że dojrzałe formy empatii nie pojawiają się często. Codzienne funkcjonowanie pełne jest zaraźliwych emocji, ucieczek od smutku i bólu innych oraz tzw. dobrych rad, co znajduje bezpośrednie przełożenie na kształt i jakość funkcjonowania grup i społeczności. Dojrzałą empatię, czyli:

  • dobrej jakości rozmowę,
  • szczerą chęć porozumienia,
  • wysiłek decentracji
  • uczciwe, życzliwe zaciekawienie sytuacją i perspektywą drugiej osoby

zbyt często zastępuje pośpiech, domysł i założenia związane z własnymi przekonaniami.

We wspólnym działaniu nie jest konieczna identyczność, np. opinii, potrzeb, celów, ale bardzo ważne jest to, co opisuje samą empatię, czyli tzw. wchodzenie w buty drugiej osoby.

Chodzi tu o:

  1. po pierwsze o pewien podstawowy poziom otwartości, z którym łączy się także minimalny chociaż poziom zaufania pozwalający zainteresować się drugim człowiekiem, jego sytuacją i perspektywą na nią.
  2. po drugie, jest to współodczucie jej/jego stanu emocjonalnego, które jest łatwiejsze, niż mogłoby się wydawać, bo organiczne i mechaniczne.
  3. po trzecie, jest to podjęcie refleksyjnego wysiłku, by rozumowo zintegrować ten proces i nie dać się uwieść emocjonalnemu odzwierciedlaniu.
  4. i w końcu, jako pewnego rodzaju nagroda, może pojawić się adekwatna reakcja w spotkaniu drugiego – zrozumienie i okazanie go, dobra rozmowa, propozycja wsparcia, porozumienie.

Kiedy następuje porozumienie? Jak samo słowo wskazuje po-zrozumieniu: drugiej osoby, sprawy, sytuacji.