permakultura

Comfort change, czyli zmieniaj i żyj, jak chcesz!

Byłaś ostatnio na łące?

Uwielbiam letnie łąki, pełne wszystkiego i niczego. Najpierw zielone od traw, z czasem i słońcem żółkną. Stale przeplatane kolorowanymi kwiatami: maki, niezapominajki, stokrotki. Chętnie rozkwitają w przydrożnych rowach, na miejskich skwerach i pustych przestrzeniach na obrzeżach wsi. Wzrusza mnie, kiedy myślę o bogactwie, którego nikt nie planuje, może nawet nie chce, a które i tak rozkwita. Ale czy wiesz, że łąkę można zestresować? Serio! Dlatego na pastwisku wyznacza się części, które cyklicznie chroni się od pasących zwierząt, żeby trawa mogła odpocząć i się zregenerować. Podobnie może być z glebą. Ja wczoraj stworzyłam swoją pierwszą grządkę permakulturową i jestem nią zachwycona. Jednym z założeń tego podejścia jest nieprzekopywanie ziemi, żeby nie stresować gleby, czyli nie niszczyć naturalnego mikrosystemu, który w niej żyje.

Dlatego, jak myślę o wszędobylstwie stresu to mi po prostu ręce opadają. Każda i każdy z nas doświadcza go zdecydowanie za dużo, co pokazują choćby liczby środków przeznaczanych na leczenie chorób związanych ze stresem. Ale nie o tym. Chodzi o zmianę i to taką zmianę, która może ekscytować, ale nie musi stresować.

~~~

Nigdy nie byłam fanką „wychodzenia poza strefę komfortu”. Oczywiście wiem, i sama często tego doświadczam, że największe zmiany nie dzieją się na hamaku w kojącym cieniu. Nie uważam jednak, że muszą oznaczać wielki wysiłek, rany na ciele i w psychice, narażanie się i nadużywanie jak na wojnie.

Komfortowa zmiana oznacza dla mnie taki kierunek i tempo działań, w których możesz bezpiecznie robić małe kroki, a one nie uruchamiają Twojego systemu alarmowego. Bo wiesz, umysł naprawdę nie lubi zmiany, niepewności i nieznanego, dlatego chroni Cię, zniechęcając do zmiany. Ma parę dobrych metod na to!

Ale można też wprowadzać zmianę w taki sposób, żeby nie alarmować tych części Ciebie, które wolę chronić niż zmieniać.

Proponuję ci pięć sposobów na mniej stresującą zmianą. Przetestuj i zobacz, co Tobie służy najlepiej – daje komfort, a jednocześnie jest skuteczne.

sposób 1

Małe kroki pewnie znasz. Jakkolwiek zmiana nie jest duża podziel ją na takie części, które bez problemu i nadmiernego wysiłku wykonasz przy jednym podejściu.

Jak można podzielić duży projekt na małe kroki? Najprościej na czas lub na kawałki.

→ Możesz na początku przeznaczyć kwadrans (5 minut też jest OK!) dziennie i robić cokolwiek w temacie, który chcesz ruszyć do przodu.

→ Możesz też podzielić projekt na małe zadania. Piszesz? Załóż 200 słów dziennie na początek. Chcesz ćwiczyć, niech to będzie swobodny ruch do jednej ulubionej piosenki zaraz po przebudzeniu. Marzy Ci się zdrowsza dieta, zacznij od jednej porcji warzyw w ciągu dnia.

Rozumiesz? Mały krok naprawdę ma być mały.

sposób 2

Z małymi krokami ściśle wiąże się inna zasada: tylko do granicy oporu. Jeśli chcesz skutecznej i trwałej zmiany to nie naciskaj za mocno na siebie! Każdy etap comfort zmiany jest na luzie i w spokoju. Czujesz, że jedzenie jednej porcji warzyw każdego dnia jest fajne, ale nie znajdziesz na to czasu? Zacznij od soku albo liścia sałaty. Rano tańce? Cała piosenka? Nie mieści Ci się to w głowie? Zacznij od jednego przeciągnięcia się po wstaniu z łóżka. 200 słów tekstu?! OK, jedno zdanie też jest w porządku. Na pewno rozumiesz – chodzi o takie wprowadzanie zmiany, które na żadnym etapie nie jest dla Ciebie bolesne. A kiedy mała zmiana się przyjmuje, zwiększasz zakres. Do przeciągnięcia dodajesz przysiad, do liścia sałaty plaster pomidora, i tak dalej. Jeśli przesadzisz i zrobi się ciężko, cofasz się i zmniejszasz porcję nowości.

Ważna jest tylko konsekwencja – warto utrzymać rytm i stopniowo zwiększać zakres.

 

Poważną barierą przed wprowadzeniem zmiany, nawet małymi krokami, może być strach.

To strach, tak często obecny w zmianie (choć równie często wypierany) może być winowajcą dyskomfortu.

Ale mam dwa pomysły, jak możesz działać pomimo strachu i robić komfortową dla siebie zmianę.

sposób 3

Działaj pomimo strachu, a nie bez strachu. To jest ważna i poważna różnica. Często spotykam się z postrzeganiem odwagi jako nieodczuwaniem strachu. A to nie do końca o to chodzi. Jeśli w obliczu wyzwania osoba nie odczuwa żadnego strachu to albo to wyzwanie nie jest dla niej tak naprawdę wyzwaniem albo jest brawurowa. Odwaga to złoty środek pomiędzy tchórzostwem i brawurą, czyli właśnie działanie pomimo strachu, a nie bez strachu. Złoty środek oznacza, że jednego i drugiego – strachu i brawury jest po trochu. Pasuje Ci to? Zgadzasz się?

Koniecznie sprawdź, jakie masz przekonania na temat strachu przed zmianą i odwagą w działaniu. Sprawdź, czy nadal Ci one służą, czy może wymagają zmiany.

Następnie, jeśli nadal czujesz więcej strachu niż odwagi odpowiedz na pytanie, co Cię bardziej motywuje w działaniu: ciekawość czy miłość.

Ciekawość? Wtedy zrób i zobacz, co się wydarzy.

Miłość? Zrób to dla kogoś.

Tak, to wystarczy. Nie musisz stale skupiać się na sobie i swoich wewnętrznych przeżyciach. Spróbuj i zobacz, co z tego będzie. Idąc małymi krokami na pewno się nie sparzysz. Działanie jest najlepszym lekarstwem na lęki.

sposób 4

Nagroda to prosty, żeby nie powiedzieć prostacki sposób motywowania. Ale też niezwykle skuteczny! Tylko Ty wiesz, co Cię najbardziej kusi i cieszy. Może jest coś, czego odmawiasz sobie od dłuższego czasu? Może jest coś w kategorii fanaberii, co może i miłe, ale też zupełnie niepotrzebne, więc to odkładasz. Jeśli masz cokolwiek takiego, możesz wykorzystać to w zmianie, szczególnie w krytycznym momencie.

U mnie takim momentem jest początek. Czasem zbyt długo coś odkładam, a potem okazuje się, że nie było to takie straszne ani takie nieprzyjemne. W krytycznych sytuacjach sięgam po przekupstwo samej siebie, żeby wystartować. Radość mam wtedy podwójną – pchnęłam projekt i mam nagrodę! Jeśli trudniejsza jest dla Ciebie motywacja w trakcie trwania procesu albo dokańczanie rozpoczętych spraw to analogicznie wrzuć swoją zachętę do środkowego etapu lub do finalizacji.

Pamiętaj tylko, że z nagrodami za działanie związane jest niebezpieczeństwo, że zabijesz motywację wewnętrzną. Trzeba więc używać ich z głową, a nie jakbyś chciała ożywić psa Pawłowa 😉

sposób 5

Zamiast korzystać z gotowych rozwiązań i próbować się do nich dopasować, stwórz własną strategię comfort change. Proponuję Ci rozwojową przygodę. Przygotowałam dla Ciebie IDEAwarsztat: parę kartek, kilka pytań i przestrzeń dla Ciebie do poszukiwań. Zaczniesz od swojego doświadczenia i na jego podstawie, z moimi podpowiedziami, stworzysz swoją strategię komfortowej zmiany. Co Ty na to?

Jedyne czego potrzebujesz to chwila spokoju i przestrzeń na refleksję.

Na początek przypomnij sobie doświadczanie skutecznej zmiany, najlepiej świeże – z wiosny tego roku. Odpal IDEAwarsztat i działaj!

Może być tak, że czujesz zmęczenie monitorem komputera i telefonu. Dlatego serdecznie polecam Ci wydrukować (przynajmniej strony 4-7) IDEAwarsztatu, wziąć nie tylko długopis czy pióro, ale i kolorowe kredki, mazaki, farbki i zabawić się w detektywistyczną podróż po własną receptę na comfort change.

Tak, wiem to wymaga trochę pracy i czasu, nie jest gotową receptą na rozwiązanie. Ale Ty o zmianie wiesz już dużo i jeśli połączysz to ze swoimi, zupełnie indywidualnymi i niepowtarzalnymi preferencjami to powstanie dużo skuteczniejszy sposób na comfort change, niż dostępny gotowiec.

Podziel się swoją strategią – napisz, pogadamy o tym!

~~~

 

To jak, czy jest jakaś zmiana, którą możesz wprowadzić jak na regenerującej się łące lub wyluzowanej permakulturowej grządce?

głębszy poziom zmiany

Wiem, że mierzysz się ze zmianami.

Są takie, które wskakują do codziennego repertuaru bez większych trudności.

Są też takie, które się temu opierają.

Chcę Ci dać fajne – moim zdaniem – narzędzie do pracy ze zmianą.

Ten trójkąt to poziomy neurologiczne Diltsa. Ich propozycję jako narzędzia coachingowego znalazłam w książce „Sztuka coachingu” Jenny Bird i Sarah Gornall i dobrze mi służy.

To użyteczne narzędzie analityczne, które może pokazać, na jakim poziomie w danym momencie funkcjonujesz w określonym temacie. Może się okazać, że chęć wprowadzania zmiany – nawet największa! – będzie nieskuteczna, jeśli nie uwzględnisz miejsca, z którego startujesz.

Zacznijmy od przykładu.

Może jak ja uwielbiasz słodycze. Musiałam przejść długą drogę, zanim rzuciłam słodycze, a ze słodyczowych grzeszków została mi już tylko czekolada minimum 85% kakao. Czego właściwie nie uważam już za grzeszek.

Jak byłam nastolatką – i to odchudzającą się nastolatką – to potrafiłam przeliczyć swoje dzienne zapotrzebowanie kaloryczne i w całości przeznaczyć je na słodycze. Danego dnia jadłam tylko lody i batoniki. Jak zdrowo!

Dziś spotykam się z osobami, które w ramach zmian na zdrowszy tryb życia chciałyby z dnia na dzień rzucić lub chociaż zredukować ilość słodyczy. I ja to rozumiem J

Pojawiają się plany: noworoczny najlepiej, ale i poniedziałek wchodzi, pierwszy dzień po świętach, wiosna, 14 dni do urlopu. Całe siły idą na dwa najniższe poziomy piramidy – środowisko, czyli na przykład czystki w słodyczowych szafkach i zachowania – najczęściej sprowadzone do decyzji: nie będę jeść słodyczy.

Ile frustracji, stresu i nerwów! Nagła i nieprzygotowana zmiana to czasem sukces, ale zazwyczaj krótkotrwały i okupiony dużymi kosztami.

Skuteczna i długotrwała zmiana wymaga najczęściej zajęcia się także głębszymi warstwami postawy, czyli górą piramidy.

Zmiany na wyższym poziomie piramidy są głębsze i trwalsze. Częściej dotykają prawdziwej przyczyny problemu. Działania na niższych poziomach mogą być bardziej jak łagodzenie objawów. Mogą też stanowić strategię stopniowego wchodzenie w zmianę – byleby małe kroki były podejmowane jako świadoma opcja wprowadzania zmiany od łatwiejszego do trudniejszego.

 

~~~

Zobaczmy, jak słodyczowy przykład może wyglądać na naszej piramidzie.

 

  • Żyję po to, żeby doznawać przyjemności (duchowość)
  • Jestem miłośnikiem słodkości (tożsamość)
  • Gdy pracuję w skupieniu potrzebuję czekolady (przekonania i wartości)
  • Umiem rozpoznać zawartość kakao w czekoladzie (możliwości i umiejętności)
  • Zawsze po posiłku zjadam coś słodkiego (zachowania)
  • Gdy jestem w kawiarni, mam ochotę wypróbować nowy deser (środowisko)

                        

Poziomy w piramidzie są połączenie, a ich hierarchia nie jest niezmienna.

Identyfikacja aktualnego poziomu w danym temacie pomaga określić kolejne pożądane kroki. Jeśli na przykład jem słodycze przy każdej możliwej okazji to zajęcie się środowiskiem ma duży sens, a później mogę zastanowić się, jak lepiej kontrolować swoje zachowania. Jeśli jednak uważam, że jedzenie to sens mojego życia albo jedyna łatwo dostępna przyjemność to muszę zająć się kawałkami wartości i tożsamości, bo wyrzucenie cukierków z torebki będzie skuteczne tylko następnej wizyty w sklepie.

Wejście na wyższy poziom rozważań powinien pomóc ustalić, dlaczego jesteś (tkwisz) w danym miejscu i stanie umysłu, dlaczego zmiana jest taka trudna.

~~~

Na czym konkretnie może polegać praca rozwojowa?

  1. Określasz – obserwując siebie, robiąc notatki, pytając bliskich – na jakim poziomie aktualnie jesteś.
  2. Oceniasz, co możesz na tym poziomie zrobić, by wesprzeć siebie w zmianie.
  3. Zastanawiasz się, co – jakie pytania, działania, refleksje – może pomóc Ci pójść na poziom wyżej (na początku to po prostu myśli, a później też adekwatnego działania).
  4. Obserwujesz, co się dzieje: jakie myśli i emocje Ci towarzyszą, co daje Ci moc do przesuwania się w górę piramidy?

Poruszanie się miedzy poziomami pomaga wyjść z zamkniętych pętli „nie da się” „niemożliwe”, etc. oraz kolejnych heroicznych, a nieskutecznych prób „rzucania się” na zmianę. Pomaga także rozpoznać potencjał zmiany.

 

Może Ci się przyda <3

Dlaczego słowo siostrzeństwo brzmi dziwnie?

Tekst o siostrzeństwie jest filozoficzny i naukowy.

Może jest to dla Ciebie zachęta, a może wręcz przeciwnie.
Sam/a zdecyduj 🙂

Siostrzeństwo jest jak młodsza siostra braterstwa, ale znacznie mniej znana, uznana i jako pojęcie używana, a program Word nadal to słowo podkreśla jako błędnie napisane. Jeśli braterstwo w odniesieniu do wolności i równości jest w gorszej pozycji to jaki jest status siostrzeństwa? Słowo siostrzeństwo brzmi dziwnie, niepoważnie, marginalnie albo wręcz groteskowo. Nie stanowi realnego dopełnienia braterstwa, które choć uwikłane w rewolucyjną historię, nadal brzmi dumnie i cieszy się społecznym i historycznym uznaniem.

Z siostrzeństwem jest podobnie jak z feminatywami: kilka osób o nie walczy, ale większość pozostaje nieprzekonana. Przyjaciółka to osoba, z którą idzie się na plotki, a przyjaciel to godny zaufania i oddany człowiek; braterstwo jest siłą, a siostrzeństwo histerią, brat to towarzysz w walce, siostra tylko na Manifie, itd. Kształtowany przez wieki wzór patriarchalnego, męskiego i wykluczającego braterstwa nie dość, że nie zmienił się to być może nawet ustabilizował swoją pozycję dzięki opozycji do słabszego i aspirującego siostrzeństwa. Dziś oba pojęcia postrzegane są jako emocjonalne i rewolucyjne, niekoniecznie adekwatne do liberalnych i rozwiniętych gospodarek. Jeśli jednak w społeczeństwie w deficycie jest współpraca, zaufanie, kapitał społeczny to nie warto kastrować uczuciowych wartości wspólnotowych.

~~~

Czym jest siostrzeństwo? Trudno znaleźć definicję siostrzeństwa, bo nawet słowniki internetowe, które ze swojej natury nadążają za zmianą i szybko się aktualizują, nie wyjaśniają tego pojęcia. Dość łatwo powiedzieć, że siostrzeństwo to odpowiednik braterstwa, bo trudno, żeby kobiety nazywały relacje między sobą braterskimi, ale czy to wystarczy? Proces kształtowania się tych pojęć jest inny. Co prawda oba nawiązują do słów w oczywisty sposób związanych z więziami rodzinnymi i oba mają wymiar polityczny; jednak siostrzeństwo, które pojawiło się później, nie ma konotacji związanych z upublicznieniem porządku rodzinnego związanego z pater familias, rzymską pieta, nie wiąże się także z dziedziczeniem majątku i władzy.

Sonja Vivienne opisując termin sisterhood stwierdza, że to pojęcie traktowane dosłownie odnosi się do relacji między siostrami, ale szerzej oznacza uczucie bliskości lub przynależność i sympatię wśród grupy kobiet lub wśród wszystkich kobiet. Taka grupa może łączyć się wokół wspólnej sprawy czy wspólnego interesu, politycznych lub światopoglądowych przekonań, rasy, klasy, seksualności, problemów zatrudnienia. Pewne grupy wyrażają jasno wyartykułowaną tożsamość, inne grupy mogą być mniej określone i bardziej płynne w swoich założeniach. Termin siostrzeństwa pojawił się wraz z pierwszą falą feminizmu, ale rozgłos zyskał w drugiej fali i przeważał w tekstach tamtej epoki. W ostatnim czasie poststrukturalistyczne analizy tożsamości mniej skupiają się na esencjalistycznych podobieństwach, a bardziej na konstytutywnym wpływie performatywności i orientacji na kontekst społeczny. Cyfrowo zapośredniczone iteracje tożsamości, szczególnie online, dodatkowo destabilizują domniemaną spójność siostrzeńca, czyniąc niespójne elementy i głosy bardziej widocznymi (S. Vivienne, Sisterhood, The Wiley Blackwell Encyclopedia of Gender and Sexuality Studies). Kwestia podobieństwa i różnicy jest ważna w siostrzeństwie, a na różnicowanie oraz różnorodność w ramach feminizmu zwracały uwagę przedstawicielki kolejnych nurtów.

Ważnym aspektem kształtowania się idei sisterhood w Stanach Zjednoczonych były sororities (z łac. soror – siostra), czyli kobiece kluby powstające od 1870 roku na amerykańskich uczelniach. Często mówi się o nich jako o żeńskich odpowiednikach bractw, męskich związków studentów na collage’ach. Sororities, jak pisze o nich Diana Turk, były powoływane, by stanowić źródło solidarności i wsparcia dla swoich członkiń, które pod koniec XIX wieku stanowiły mniejszość na amerykańskich uczelniach, a środowisko akademickie niekoniecznie uznawało kobiecą obecność. Idea sororities szybko się rozprzestrzeniała, koncentrując młode kobiety wokół społecznego doświadczenia wspólnoty i poczucia przynależności. Uwagę zwraca nie tylko pojawienie się odpowiednika męskiego bractwa, ale i plastyczność językowa, dzięki której powstało odpowiednie słowo opisujące nowy rodzaj stowarzyszenia.

Kelli Zaytoun i Judith Ezekiel w artykule pt. Sisterhood in Movement. Feminist Solidarity in France and the United States twierdzą, że określenie siostrzeństwo wydaje się dziś dziwnie brzmieć; przez niektórych postrzegane jest jako naiwne lub anachroniczne, przez innych jako etnocentryczne i dogmatyczne. Ich zdaniem podobnie ma być z solidarnością. Pojęcia siostrzeństwo i solidarność są bliskoznaczne.

~~~

Mówi się, że kobiety nie są solidarne; nawet wiele samych kobiet tak twierdzi. Taki stan rzeczy jest związany z setkami lat życia w kulturze patriarchalnej, kiedy życie kobiety dosłownie było w rękach mężczyzny, a za nieuznawane społecznie i zakazane działania, takie jak spotkania, kręgi, wiece groziła najsurowsza kara utraty życia. Kobiety były palone na stosach, topione i torturowane za przejawy niezależności, samodzielności, współpracy. Siostrzeństwo jako idea nie miała i nadal nie ma najdogodniejszych warunków rozwoju. Trudno wyobrazić sobie wzrost solidarności w warunkach permanentnego zagrożenia, opresji, trudnej, a niedocenianej pracy. Także w związku z tym rywalizacja kobiet ma wielowiekową tradycję, choć nie jest związana z biologią i nie jest konieczna. Została ukształtowana przez warunki zewnętrzne, jak realne zagrożenie i choć wiele z nich przestało oddziaływać to porządek, który wprowadziły nadal się utrzymuje.

Rywalizację między kobietami Ann Oakley opisuje jako wojnę o względy mężczyzn. Zgodnie z kanonami kobiecości w świecie męskiej dominacji nie ma przestrzeni na rywalizację kobiet z mężczyznami, walczą więc ze sobą nawzajem. Oakley podaje przykłady kobiet, które „przechytrzając” inne kobiety – swoje siostry – torują sobie drogę do sukcesu: studentki nawiązującej sojusz z profesorem, sekretarki mającej romans z szefem i aspirującej aktorki ze znanym reżyserem. Twierdzi jednak, że najbardziej podstawową formą kobiecej rywalizacji jest instytucja małżeństwa: męża się szuka, znajduje i, co najważniejsze, zatrzymuje. Zgodnie z kulturowo-seksualnymi stereotypami pomyślność małżeństwa to odpowiedzialność kobiety, bo męża należy stale uwodzić, zaspokajać, rozumieć i zadowalać. Wierność męża jest zadaniem żony. Nawet jeśli małżeństwo często staje się aparatem subordynacji kobiety to jednak nadal jest postrzegane jako osiągnięcie warte trudu i walki z innymi kobietami, jako życiowy progres oraz zabezpieczenie w niepewnych czasach (Ann Oakley, Subject Women). Brzmi to zarazem i anachronicznie, i niepokojąco aktualnie.

Charakter rywalizacji kobiet ma być związany z ich statusem mniej uprzywilejowanej, mniejszościowej grupy (też Oakley). Dodatkowo, wyzwaniem dla siostrzeństwa i kobiecego ruchu jest fakt, że wiele kobiet nie widzi i nie chce widzieć się jako część takiej grupy: wolą zabiegać o przynależności do męskich grup dominacji i ekonomiczne bezpieczeństwo starego porządku. W procesie socjalizacji wiele z nich zinternalizowało męskie wzorce działania i jeśli pozwoliło im to odnieść sukces to po pierwsze, nie chcą identyfikacji ze słabszymi; po drugie nabierają przekonania o własnej sile i sprawczości, niezależnie od (czy nawet: pomimo) płci i nie chcą się z nią nadmiernie identyfikować; po trzecie wreszcie czerpią korzyści ze swojej wyjątkowej pozycji i najbardziej nie chcą jej dzielić z innymi kobietami. Z tym wiążą się preferencje, dumnie komunikowane przez niektóre kobiety, że wolą towarzystwo mężczyzn, szefów-mężczyzn i w ogóle – to z mężczyznami po prostu lepiej się dogadują.

Dystans wobec kobiecych spraw i stowarzyszeń, szczególnie tych związanych z feminizmem do dziś jest bardzo aktualny. Ciekawego wywiadu udzieliła Susan Faludi w Wysokich obcasach w 2013, w którym między innymi mówiła o męskiej dominacji wymuszającej przekonanie, że więzi z innymi kobietami zubożają i zagrażają, a także odciskającej swoje piętno na poczuciu wartości indywidualnej. Wieki zastraszania i karania żeńskich zgromadzeń, realnego zagrożenia życia w przypadku utraty męskich względów, co z kolei wiązało się rywalizacją między kobietami, wywarło na tyle trwałe skutki, że nawet dziś kobiety stronią od wspólnotowych identyfikacji. Wiele kobiet nie chce utożsamiać się z feminizmem, nie są też skłonne dostrzegać i doceniać tego, z czego mogą dziś korzystać, a co zostało dla nich wywalczone przez starsze pokolenie feministek i sufrażystek. Feministyczne identyfikacje nadal są niebezpieczne; jak powiedziała Faludi: „Feminizm to jedyny ruch społeczny, którego członkiniom mówi się, że mogą zdobyć odbierane im dotychczas prawa, ale wyłącznie kosztem miłości. Stereotyp feministki to brzydka i wredna stara panna, która zwróciła się ku feminizmowi, bo nikt jej nie chce. (…) obowiązujący stereotyp jest bardzo skuteczny w odstraszaniu zwłaszcza młodych kobiet od feminizmu – no bo kto chce żyć bez miłości?”. Feminizm nadal często postrzegany jest jako walka, prosta opozycja między kobietami i mężczyznami, a nawet sprzeciw czy zaprzeczenie kobiecości, na różny zresztą sposób postrzeganej.

~~~

Dystans, czy wręcz niechęć do idei kobiecej solidarności, siostrzeństwa i feminizmu jest silnie ugruntowany na mocy tradycji, przekonań i wartości. Nie są spełnione warunki, które mogłyby sprzyjać kobiecej solidarności: brakuje bezpieczeństwa, zaufania, kapitału społecznego, często nawet samej życzliwości, a także świadomości podzielanych wartości i interesów oraz języka adekwatnego do artykułowania wspólnych spraw publicznie. Jak dosadnie ujmuje to Hélène Cixous: „Przeciwko kobietom popełniono największą zbrodnię: przemocą, podstępem doprowadzono je do tego, że zaczęły nienawidzić kobiet, stały się własnymi wrogami, ich ogromną moc zwrócono przeciwko nim samym, zrobiono z nich wykonawczynie męskiego interesu” (Cixous, Śmiech meduzy, s. 171). Procesy zmieniające tę sytuacje, postawy i przekonania zostały uruchomione, ale to zaledwie początek transformacji.

~~~

Warto zwrócić uwagę na bardziej konkretne powody deficytu kobiecej solidarności w ramach patriarchalnej kultury, która jest pojemną i złożoną kategorią. Magdalena Środa w książce Kobiety i władza wskazuje na kilka przyczyn kobiecej niesolidarności:

  • Zależna pozycja kobiet jest silnie ugruntowana i dodatkowo postrzegana jako naturalna, co legitymizuje podległość kobiet i deprecjonuje naturalność oraz cechy, które mogą uchodzić za kobiece.
  • Kobiety nie mają własnych doświadczeń i historii w funkcjonowaniu w sferze publicznej; brakuje więc pewnej genealogii i „kotwicy”, z których można by czerpać siłę i inspirację dla kobiecych inicjatyw.
  • Różnorodność w grupie kobiet postrzegana jest głównie jako słabość. Kobiety nie dostrzegają swoich potrzeb ani wspólnych interesów.
  • Kobiety, które osiągają sukces w patriarchalnym świecie czują się wyróżnione i nie chcą tej wyjątkowości tracić ani się nią dzielić – czy to uznając rolę ruchu feministycznego, czy zapraszając inne kobiety do współpracy; kobiety sukcesu chcą być jedyne lub choćby jedne z niewielu.
  • Brakuje języka do opisu kobiecych spraw. Niechęć do żeńskich końcówek, także wśród samych kobiet, jest tego znamiennym przykładem.
  • Niechęć do radykalizmu i istotnej zmiany budzi więcej obaw niż nadziei. Nie ma nawet chęci i odwagi do podejmowania powolnych i stopniowych zmian.
  • Brakuje porozumienia co do wspólnych interesów i sposobu ich artykulacji. Nadal dominują różnice nad podobieństwami. W takich warunkach szczególnie trudno o solidarne działania.

 

Solidarność jest wartością, która pełnię swojego potencjału i największy sens osiąga, gdy funkcjonuje w sferze publicznej. Solidarność kobieca, jak i same kobiety, nie mają pewnego i określonego miejsca w sferze publicznej czy politycznej. Różne są strategie na upublicznienie i upolitycznienie kobiecych kwestii, wśród których warto wskazać opisane przez Środę w książce Indywidualizm i jego krytycy, podejście równościowe z liberalnym charakterem praktyk oraz podejście poszukujące rozwiązań dla typowo kobiecego doświadczenia i kompetencji, często bardziej radykalne, o społecznym charakterze praktyk. To pierwsze podejście opiera się na indywidualistycznych założeniach o równości i wolności wszystkich ludzi, a za wzorcową stawia wspólnotę androginiczną. Drugie, uwzględniając różnice między płciami, dąży albo do równowagi między tym, co charakterystyczne i pożądane dla kobiet i mężczyzn w sferze polityki i kultury, albo stara się pokazać wyższość niedocenianego do tej pory pierwiastka kobiecego i kobiecych wartości. W tym kontekście aspiracyjne rodzaje wspólnot to te oparte na więziach rodzinnych (oikos) i przyjacielskich, a także związane z etosem troski.

Liberalna strategia wyrównywania szans kobiet stawia poważne wyzwania tak koncepcyjne, jak i praktyczne, ponieważ zasady wolności, równości i publicznej partycypacji opierają się na założeniach, które zawierają poważny błąd, tzw. liberalny błąd przeoczenia. Polega to, skrótowo ujmując kwestię, na nieuznaniu polityczności sfery prywatnej. W ten sposób kobiety i specyficzne dla nich kwestie, nadal silnie przypisane – i kulturowo, i biologicznie – do sfery prywatnej pozostają na marginesie uwagi tego, co każdej obywatelce i obywatelowi słusznie się należy. Nie można więc ideału liberalnego rozszerzyć na kobiety bez zmiany struktury rodziny.

Alternatywa dla liberalizmu to dyskurs maternalny z pochwałą kobiecości i rodziny. To właśnie w społeczno-radykalnym nurcie znaleźć można pochwałę tego, co stereotypowo związane z kobietą, jak troska, która włączana w codzienne działania stwarza szansę na odczarowanie postrzegania kobiecości. Uznanie wartości i cech tradycyjnie przypisywanych kobietom, m.in. komunikatywność, nastawienie na rozwiązanie i porozumienie, pokojowa i kooperacyjna postawa, może być opłacalne nie tylko dla nich, ale i dla całego społeczeństwa. Co więcej, doświadczenie wspólnego działania, także tego twórczego, troskliwego, empatycznego, może stać się doświadczeniem przełomowym, dzięki któremu powstanie inspirująca i wzmacniająca historia, język, wyobrażenie wspólnych interesów i wartości, a także pomysł na ich zgodną artykulację. Sama różnorodność zaś, połączona z szacunkiem i solidarnością kobiet, może stać się ich wielką siłą.

Sposób na rozsądny strach

A gdyby tak olać pozytywne myślenie?

Powtarzasz sobie w myślach, że wszystko będzie dobrze.

Dam radę, czujesz.

Wierzysz w siebie.

Trzymasz za siebie kciuki.

Twoje marzenia to tak naprawdę Twoje plany.

Jest dobrze i będzie jeszcze lepiej.

~~~

I Ty i ja wiemy już, że nasz mózg jest plastyczny. Możemy uzdrowić traumę i wydeptać nowe ścieżki myślenia.

Tylko czasem ten oblepiający okropny strach sprawia, że nie ma jak się ruszyć.

Jakby włożyć palec do świeżo zgaszonej świeczki. Niby nim poruszasz, ale wszystko się klei. Jest ciepło a potem zastyga. Twardy wosk możesz skruszyć, odkleić, zdrapać. Ale i tak coś zostaje.

~~~

Nadal spotykam się z podziałem na pozytywne i negatywne emocje. Jasne, rozumiem go. Zakładam, że Ty, podobnie jak ja, wolisz czuć radość niż smutek czy złość. Ale emocje są jakie są. To biologiczny mechanizm. Mają określone funkcje i nie pozwalają nam zapomnieć o naszym ewolucyjnym pochodzeniu. Złość jest po to, by ciało w mobilizacji stanęło do walki. Strach ma pomóc się chronić – uciekać lub walczyć, a czasem zastygnąć, jeśli to jedyna opcja. Radość jest dla celebracji i nagrody. Smutek to czas wyciszenia i regeneracji.

Strach nie jest Twoim wrogiem. To konkretnie chcę powiedzieć.

Nie ma sensu z nim walczyć.

~~~

Gdy podejmujesz trudne, nowe przedsięwzięcie – tak, kiedy wchodzisz w zmianę – strach pojawia się, żeby zasygnalizować, że coś się dzieje. To bardzo podstawowy mechanizm, jak alarm albo czujka ruchu. Po prostu daje znać, że COŚ się dzieje.

A co się z tym sygnałem stanie zależy już od Twojej interpretacji.

Pojawienie się strachu nie oznacza, więc że należy przestać działać. Albo w ogóle tego działania nie podjąć. Oznacza tylko (albo aż) że wchodzisz na nowy grunt i nie wiesz dokładnie, co tam spotkasz, więc Twój strach prosi Cię o szczególną uważność.

~~~

Stoicy znajdowali spokój w wyobrażaniu sobie nieszczęść.

I żeby było jasne, nie chodzi o pesymizm, zamartwianie się i inne destrukcyjne nawyki myślowe. Wręcz przeciwnie, chodzi o akceptację i pokorę. Świadomość, że skoro nieszczęścia się zdarzają to prawdopodobnie przydarzą się i mi, może być niezwykle uwalniająca. Co najważniejsze, pozwala się przygotować. Bo nieszczęście i zaskoczenie to naprawdę nieprzyjemna mieszanka.

„Trzeba wyobrazić sobie los z całą pełnią jego możliwości.”

Seneka

~~~

Kiedy identyfikuję strach – najczęściej czuję go w brzuchu albo słyszę w natrętnych myślach – to zapraszam go do współdziałania jak najlepszego opiekuna. Bo on odzywa się, żeby mnie ostrzec i chronić.

Jedno na co mu nie pozwalam to przejęcie kontrolę. Zasada jest prosta – ok, możesz iść, ale to ja wybieram drogę, tempo i sposób. O niczym nie decydujesz, na nic bezpośrednio nie wpływasz, ale wiem, że jesteś i to jest dobre. Dziękuję. Tak, szukam w sobie wdzięczności za towarzystwo strachu.

Czasem jednak strach okazuje się nieznośnym towarzyszem podróży.

Co gorsza, czasem nie pozwala w ogóle wyruszyć!

Wtedy się zatrzymuję i sprawdzam, o co tak naprawdę chodzi.

Proponuję Ci takie zatrzymanie.

Proponuję Ci spotkanie z najgorszą wersją Twoich obaw.

Ale tylko na papierze.

To koniecznie musi być spisane. Tak działa ta metoda. Samo myślenie nie wystarczy.

Tak, wiem, że piszę autorytarnie, ale w tym przypadku jestem pewna tego na 100%.

krok 1

Co jest absolutnie najgorszym scenariuszem wydarzeń, jeśli zdecydujesz się na zmianę, o której myślisz a której się boisz?

Stracisz pieniądze? Reputację? Będziesz głupio wyglądać? Czy możesz stracić też swoją pracę? Dom? Rodzinę? Przelej na papier wszystko, co się pojawia w Twoich myślach. Nie zadawalaj się pierwszymi pięcioma czy 10 odpowiedziami. Kop dalej. Kiedy poczujesz dyskomfort z tego, do czego się dokopujesz, weź głęboki oddech i kop dalej. Twoim zadaniem jest zejść do podziemi swojego strachu. Nie interesuje Cię to, co na powierzchni, bo to dobrze znasz.

Jest grubo? OK – zadaj pytanie do tej najgorszej wersji wydarzeń – i co wtedy się stanie?

krok 2

Zobacz swoje spisane obawy.

Jak prawdopodobne jest, że to się wydarzy?

Oceń to na skali 1-10, gdzie 1 wcale nieprawdopodobne, a 10 na pewno tak to się potoczy.

krok 3

Rozpisz plan działań w razie pojawienia się czarnego scenariusza. Co zrobisz? W jaki sposób się pozbierasz? Od czego zaczniesz?

krok 4

Odwróć kartkę.

A co jeśli wydarzy się najlepszy możliwy scenariusz? Jakie są wszystkie możliwe korzyści z wprowadzenia zmiany, jeśli nie tylko pójdzie ona po Twojej myśli, ale pojawią się też dodatkowe, miłe niespodzianki? Spisz to wszystko.

Oceń, czy warto podjąć ryzyko. Czy tego, czego się boisz tak naprawdę chcesz?

~~~

Jedno jest pewne.

Jeśli pojawia się strach to znaczy, że sprawa jest dla Ciebie naprawdę ważna.

złoty środek jako droga do szczęścia

Do każdego z noworocznych celów, jeśli takie masz, koniecznie zadaj sobie pytanie: jak chcę się czuć, kiedy to osiągnę?

 

Poczuj to.

Zapisz to.

Wystarczy, że nabazgrzesz szybką mapę myśli. Efekt będzie dużo większy, niż kiedy zostaniesz przy samej myśli.

Uczucia to wielkie paliwo do zmiany. Ale nadal bardzo niedoceniane.

Chcesz przyjemności?

Spełnienia?

Spokoju?

Radości?

Szczęścia?

Jeśli choć jedno marzenie lub postanowienie noworoczne ma Cię – w bardziej bezpośredni lub pośredni – sposób doprowadzić do szczęścia to skorzystaj z podpowiedzi Arystotelesa. Ten filozof poświęcił dużo uwagi sztuce szczęśliwego życia!

Mam tylko jedno ostrzeżenie. Osiąganie szczęścia na tej drodze nie jest mantrą zmieniająca życie albo magiczną receptą na nowy nawyk w 21 dni. To zaproszenie do pracy nad sobą – w języku Arystotelesa do kształtowania cnoty. Ale cnota u niego nie jest żadną seksualną czy obyczajową cnotliwością. To bycie człowiekiem etycznie dzielnym, czyli takim, który wie, co jest dobre i ma wolę, by tak działać. A to trwa i wymaga wysiłku.

Wszyscy dążymy do szczęścia.

Tak twierdził Arystoteles.

Nie wiem, co prawda, co powiedziałby na dzisiejsze postrzeganie szczęścia, ale jestem pewna, że my nadal możemy korzystać z jego propozycji i wskazówek.

Szczęście według Arystotelesa jest trwałe i ostateczne. Jak je osiągniesz to go nie stracisz.

Fajnie, prawda?

Dlatego też nie można opierać się na rzeczach i osobach, które od nas nie zależą i mogą zniknąć z naszego życia, tak jak się w nim pojawiły. Prawdziwe szczęście jest stanem duszy, jest umiejętnością i postawą wobec świata.

Warto pamiętać, że filozofia Arystotelesa jest do bólu praktyczna. Ten filozof stąpał mocno po ziemi i dobrze rozumiał naturę człowieka. Nie zapraszałby Cię do działań, które nie miałyby dla Ciebie większego sensu.

Jednak zanim pójdziemy dalej warto wyjaśnić sobie parę kwestii podstawowych.

Najwyższa szczęśliwość według Arystotelesa to życie kontemplacyjne filozofa. Musiał czuć się bardzo szczęśliwy! Nie każdy przecież twierdzi, że jego życie to sposób na najszczęśliwsze możliwe życie 😉

Ale miał też świadomość, że życie oddane filozofii, nauce i refleksji nie jest dla każdego. Większość osób realizuje swoje cele działając. I to właśnie działanie podlega ocenie moralnej.

Kto stroni od działania na pewno nie ryzykuje ocen, ale też nic nie osiąga.

Ten fragment kojarzy mi się z wrażliwością Brene Brown i wychodzeniem na arenę zaczerpnięte przez nią od Roosvelta. Tobie też?

A co popycha do działania? Według Arystotelesa motorem działań są namiętności. To wspaniałe i dostępne paliwo, ale też bardzo ryzykowne.

Człowiek dzieli potrzeby wegetatywne z całym światem ożywionym, jak rośliny oddycha i trawi. Te zdolności są mu przyrodzone i nie ma na nie wpływu. Nie ponosi również odpowiedzialności za nie (pomijam dyskusyjne kwestie trybu życia oddziałującego na nasze podstawowe funkcje życiowe, Arystoteles się nimi nie musiał zajmować). Ze zwierzętami człowiek dzieli natomiast potrzeby zmysłowe i pożądliwość. To co jest swoiście ludzkie to rozum.

Żeby żyć szczęśliwie wystarczy podporządkować namiętności rozumowi i celom.

Proste prawda? 

🙂 🙂 🙂

Nie jest jednak tak źle, bo z pomocą przychodzi właśnie zasada złotego środka.

"...dotyczy ona doznawania namiętności i postępowania, w którym nadmiar jest błędem, niedostatek przedmiotem nagany, środek zaś przedmiotem pochwał i czymś właściwym."
Arystoteles

 

Złoty środek to wyważenie skrajności i znalezienie umiaru.

 

Droga do szczęścia.

Jak już wspomniałam filozofia Arystotelesa jest bardzo praktyczna. I chociaż nie ma drogi na skróty bez pracy to są sensowne podpowiedzi, jak taką drogę znaleźć i bezpiecznie nią iść.

Po pierwsze, poznaj samą siebie/samego siebie

Są sprawy i działania, które są dla Ciebie łatwe i przyjemne, mimo że dla innych prawie nieosiągalne. Może masz duże ambicje, niesamowite poczucie humoru, jesteś empatyczna, zabawny, szczodra, . Chodzi o takie rzeczy, które są powszechnie cenione, a dla Ciebie są nie tylko łatwe, ale i przyjemne.

Każda zdolność (namiętność) ma jednak swoje ekstrema.

Warto więc poznać i określić swoje mocne strony. Warto też rozumieć, w jakich okolicznościach popadasz w ich skrajność.

Po drugie, znajdź złoty środek pomiędzy ekstremami

To nie jest łatwe zadanie.

Złoty środek jest:

  • bardzo indywidualny
  • zawsze sytuacyjny

Tylko dla Ciebie i tylko w danej sytuacji znajduje się w tym a nie innym miejscu. Jeśli masz tendencję do brawurowych działań i lubisz ryzyko, odwaga i jej złoty środek będzie w innym miejscu, niż dla osoby stale zalęknionej. Szczodrość to złoty środek między rozrzutnością i skąpstwem – czym innym będzie dla osoby wychodzącej z długów i dla Sknerusa McKwacza. Jeśli stale drwisz z najbliższych to Twój złoty środek poczucia humoru będzie polegał na czymś zupełnie innym, niż w przypadku osoby, która dopiero otwiera się na zabawę i praktycznie nigdy nie śmieje.

Rozumiesz o co chodziło Arystotelesowi?
Odległość do złotego środka zależy od miejsca, z którego startujesz.

"To, co dobre, większą ma wartość w odniesieniu do tego, co trudniejsze."
Arystoteles

Jeśli więc z łatwością podejmujesz nowe wyzwania, odwaga jako złoty środek nie jest dla Ciebie wyzwaniem. Nigdy się nie przechwalasz ani sobie nie umniejszasz? Pewnie nie musisz pracować nad poczuciem własnej wartości. Dopiero tam, gdzie masz tendencję do skrajności, szukanie złotego środek nabiera najwyższej wagi.

Złoty środek dla Ciebie jest w takim miejscu, które wymaga solidnej pracy i przezwyciężenia naturalnych skłonności.

Po trzecie, widzisz złoty środek – zacznij ćwiczyć.

Określenie złotego środka to początek, wiedza, która ma przejść w działanie. Praktyka. Tylko dzięki niej osiągniesz tzw. trwałą dyspozycję.

Tak, według mnie Arystoteles już dawno rozpracował temat nawyków 😉

Wracając do przykładów Arystotelesa. Z natury ustępujesz? Ćwicz się w łagodności jako środku między porywczością i niezdolnością do gniewu. Z natury gburowaty? Opowiadaj dowcipy. Wstrzemięźliwy? Wyzwól się trochę. Kompleksy? Pracuj nad poczuciem własnej wartości.

Po czwarte, trwała dyspozycja.

Skąd masz wiedzieć, że już to masz?

Czyli kiedy z osoby osadzonej w skrajności stajesz się bohaterką złotego środka?

Rozpoznasz to po swoich uczuciach, które towarzyszą określonym działaniom.

Wróćmy do przykładów. Złoty środek masz, jeśli często tchórzyłaś, a teraz z przyjemnością podejmujesz nowe wyzwania. W każdym towarzystwie trzymałeś się na dystans, a teraz lubisz rozbawiać znajomych. Stresował Cię nie dość wysoki stan oszczędności, a teraz największą frajdę sprawia Ci dobroczynność. Im lżej i z większą przyjemnością coś robisz, tym pewniej możesz założyć, że masz wyćwiczoną dną umiejętność (trwałą dyspozycję, cnotę).

Przyjemność i przykrość to narzędzia do rozpoznawania złotego środka.

Każda trwała dyspozycja – cnota Arystotelesa – jest jak mięsień. Kiedy go wyćwiczysz będzie pracował sprawniej, bez trudu i wysiłku, a Tobie działanie z jego wykorzystaniem da przyjemność!

Namiętności należy doznawać "we właściwym czasie, z właściwych przyczyn, wobec właściwych osób i we właściwy sposób."
Arystoteles

To równie ważna, co niełatwa maksyma Arystotelesa.

Trwałe dyspozycje, cnoty i złoty środek to warunek konieczny do szczęścia. Niestety niewystarczający. Złoty środek nie dotyczy wszystkich wartości, jest pewnym planem minimum dla dusz pożądliwych. Bo jeśli masz tendencje to zbaczania w jakąś skrajność to złoty środek podratuje Cię z potencjalnej dysfunkcji, ale nie da pełni szczęścia. Są cnoty inne od odwagi, dowcipu i ambicji. Osiągnięcie ich pozwala pójść dalej i odkrywać dobra płynące z przyjaźni, życzliwości i prawości. Ale to temat na następny „odcinek”.

plan_2021

noworoczne marzenia

Planowanie w balansie między założeniami i elastycznością.

Ciekawe, czy wierzysz w przesądy.

Piątki 13-tego, czarne koty, wracanie się po coś i przysiadanie lub cokolwiek takiego. Ja niestety tak! To znaczy niby nie, ale jak się okazuje trochę tak. Wiesz, co mam na myśli?

Moja głowa: rozsądek i intelekt wolałby, żeby nie. Nieuleganie przesądom jest logiczne, sensowne i pozwala lżej żyć bez tych niepotrzebnych ograniczeń. Ale lustra wolałabym nie stłuc. Wiesz, tak jak przechodząc przez ulicę najpierw patrzysz w lewo tak możesz przysiadać na chwilę, gdy wracasz do domu po zapomnianą rzecz. I ja to rozumiem!

Sylwester i Nowy Rok też byłyby lżejsze, gdyby nie te wszystkie: „jaki sylwester taki cały rok”. I nagle w jeden dzień możesz chcieć upakować wszystkie pragnienia, zamiary, nowe rutyny, spotkania, głębokie rozmowy, zdrowe jedzenie, ćwiczenia, naukę i co tam jeszcze marzy Ci się na cały nadchodzący rok. Wyzwaniem pozostaje wtedy pogodzenie tego z luzem, zabawą i świętowaniem.

Oczywiście, bardzo prawdopodobne, że w ogóle sobie tym głowy nie zawracasz i po prostu świetnie się bawisz. I to najlepsza opcja;)

Opowieść o przesądach Sylwestra i Nowego Roku to po prostu pewna soczewka na sytuacje, kiedy zbyt wiele oczekiwań można przyłożyć do małego formatu, a później frustrować się i demotywować, gdy nie idzie DOKŁADNIE według założeń. Taki los często spotyka postanowienia noworoczne. Ambitne plany biorą w łeb już w pierwszym tygodniu stycznia i trzeba czekać prawie 12 miesięcy na kolejną szansę na projekt „nowa wersja mnie”.

~~~

Zbyt ambitny plan na jakąkolwiek zmianę jest najprostszą drogą do frustracji i rozczarowania.

 

2020 nauczył i Ciebie i mnie, że świat i życie mogą zupełnie nie liczyć się z naszymi planami. I to wcale nie musi być powód do rozpaczy. Po prostu planując 2021 warto zostawić sporo przestrzeni – mentalnej, czasowej, energetycznej, finansowej – na to, czego z perspektywy dzisiejszego dnia przewidzieć się nie da.

Kiedy myślę o zarządzaniu zmianą to najrozsądniejsze wydaje mi się takie planowanie, które uwzględnia moje marzenia i cele, czyli zmiany, które wybieram; a jednocześnie pozostawia sporo przestrzeni na zmiany, które mnie spotkają, a które niekoniecznie wybiorę.

Najważniejszym wyzwaniem na 2021 z perspektywy zarządzania zmianą i planowaniem będzie zachowanie balansu między założeniami i elastycznością.

 

~~~

Zostawiam Ci 5 podpowiedzi na elastyczne planowanie, które sprawdzają się nie tylko u mnie.

Trzy z nich są bardziej strategiczne, a dwie raczej techniczne.

Zbyt często w planowaniu idziemy tylko w jedną z tych dróg: albo wielkie marzenia i inspirujące wizje albo konkret i szczegółowo rozpisany plan. Dla skuteczności zmiany trzeba zadbać o obie sfery. Tak zwany „big picture” ze strategii pomaga orientować się na to, co najważniejsze i nie tracić z pola widzenia kwestii kluczowych. Dobre warunki do realizacji zamierzeń to nie tylko organizacyjne ułatwienie działania, ale – w praktyce – umożliwienie wprowadzania zmiany.

1.

Jasno określ priorytety.

Wiem, słyszysz o tym non stop.

Pytanie, czy stosujesz.

Wybierz, co jest dla Ciebie najważniejsze w 2021. To może być jedna rzecz, jeden projekt, jeden nowy nawyk. Priorytet to coś najważniejszego. Z definicji więc nie może być ich zbyt wiele. Najczęściej 3 to polecany priorytetowy max.

Na przykład chcesz zacząć ćwiczyć, podwoić przychód, jeść więcej warzyw, rzucić mięso lub windę, czytać codziennie, dzwonić do babci raz w tygodniu – super, pewnie wszystko to wprowadzisz w życie. Ale jeśli wybierzesz z takiej listy jedną rzecz, która jest najważniejsza to łatwiej będzie Ci się jej trzymać. W momencie, gdy trzeba będzie wybierać, bo czasu albo sił będzie za mało – nie masz niepotrzebnych dylematów.

2.

Nie planuj na noworocznym haju.

Świąteczny relaks, poczucie mocy, skumulowana energia i rozpalająca wizja nowych szans to mieszanka wybuchowa! Łatwiej na niej popłynąć w planach tak, by już niedługo topić się od ich nadmiaru. Paradoksalnie w planowaniu zmiany lepsze podpowiedzi da lekko umęczone ciało i umysł na normalnych pracowych obrotach niż ekscytacja Nowego Roku.

Masz ambitny plan? Wierzysz w niego? Super! Pozwól sobie uznać go za wersję A i w połowie (albo pod koniec) stycznia sprawdź, czy nie wymaga weryfikacji. Ważne: każda z tych wersji to sukces! Nie odkładaj zmiany – nawet jeśli nie wszystko idzie zgodnie z planem – na 01 styczeń 2022.

3.

Zadbaj o nieoczywiste zasoby.

Planując zmianę zbyt często myślimy tylko o celach, planach i zadaniach. A ich realizacji wymaga energii. Tę energię z kolei trzeba skądś pozyskiwać. Tak przyziemne sprawy jak sen, jedzenie i ruch to podstawa i paliwo do każdej zmiany.

4.

Rozplanuj tylko część zasobów (czasu, energii, siły, pieniędzy), a resztę zostaw wolną.

Najbliższe kilka miesięcy z pewnością przyniesie szanse i pomysły, których dziś nie przewidujesz. Jeśli Twój kalendarz na 2021 już jest pełen to jak chcesz mieć na nie przestrzeń?

Wolne dni, puste tygodnie w kalendarzu i miesiące bez projektów to nie lenistwo, ale właśnie szansa na balans między planem i elastycznością.

5.

Jedno małe słowo (one little world Ali Edwards)

To mój sposób na godzenie planu i elastyczności. OLW pozwala mi określić ogólne plany i wyzwania, a jednocześnie pozostawia sporo przestrzeni do wypełniania jej spontanicznymi pomysłami i reakcją na bieżące wydarzenia.

Idea OLW, jak ja ją rozumiem, to wybór słowa, które w danym roku będzie Cię inspirowało do zmian i rozwoju. Może stać się Twoją afirmacją albo sposobem na audyt: mając swoje wybrane słowo możesz inspirować się nim określając cele zawodowe i rozwojowe w każdym miesiącu, ale także sprawdzać, czy to czym aktualnie się zajmujesz jest zgodne z twoimi priorytetami.

Moje słówko na 2021 to RELEASE, bo przede wszystkim chcę się uwalniać się od niesłużących przekonań, relacyjnych obciążeń oraz zadań i ambicji, które już mi nie służą. Chcę także wydać w tym roku pierwszego ebooka i kurs online. To słówko łączy moje zawodowe i rozwojowe marzenia!

Wybranie słowa na dany rok jest dla mnie działaniem na granicy planu, marzenia i zaklinania rzeczywistości. Sposobów na korzystanie z OLW jest wiele. Możesz stworzyć kolaż i inspirować się takim obrazem. Możesz swojego słówka używać jako afirmacji. Możesz też w każdym miesiącu planować zmiany, które urealnią jego obecność w Twoim życiu. Możliwości jest wiele. Co ciekawe, już sam wybór słowa i dedykowaniu mu roku może uruchomić pozytywne zmiany. Spróbujesz?

kreatywnosc_main

Kreatywność, bo warto

Kreatywność jest jak jazda na rowerze – można się jej nauczyć!

To hasło towarzyszyło Projektantom Innowacji w pilotażowym programie realizowanym przez Polski Fundusz Rozwoju i Google.

  • 6 miast
  • Ponad 160 godzin warsztatów
  • I prawie 1200 uczestniczek i uczestników!

W tym niezliczona liczba niezwykłych pomysłów, rzeka inspiracji, nowe znajomości i całe sieci kontaktów, twórczy ferment, emocjonalna energia i doświadczenie, z którego można się uczyć.

A ja miałam niemałą przyjemność część z tych warsztatów poprowadzić.

 

W ramach Projektantów Innowacji Google podzieliło się swoją metodyką Creative Skills for Innovative (CSI: Lab), która opiera się na design thinking. W Google’u używają tej metody na co dzień w tworzeniu innowacyjnych produktów. PFR wspiera i chce wspierać młodych (pomysłem i duchem) innowatorów i przedsiębiorców; co najważniejsze ma na to niemałe środki!

Z tej mieszanki powstał bardzo praktyczny program, który nie opowiada o tym, co i jak należy rozbić, ale wrzuca ludzi w sam środek twórczego wiru, by doświadczyli mocy własnej wyobraźni, współpracy, wzajemnej inspiracji i budowania. A później sami zdecydowali jak chcą korzystać w design thinking w swojej pracy i życiu.

Google dzieli się swoim know how i zaprasza do korzystania z niego w niekomercyjnych celach. Jest to usystematyzowany proces zawierający w sobie kolejne etapy rozwoju pomysłu. Zobacz więcej: https://rework.withgoogle.com/guides/design-thinking/steps/run-a-CSI-Lab-on-design-thinking/

 

Metoda w kilku prostych krokach

Proces przechodzenia od problemu do rozwiązania inspirowany design thinking można podzielić na trzy główne fazy.

Na start:

Świadomość problemu to nie wszystko. By twórczo pracować z wyzwaniem trzeba je odpowiednio sformułować, co wcale nie jest prostym zadaniem. Wyzwanie powinno mieć formę pytania (otwartego!) z dobrze określoną grupą zainteresowanych/odbiorców, sprecyzowaną potrzebą i insightem. Chcesz spróbować? Pamiętaj, by nie lądować jeszcze w rozwiązaniach! Na razie pytanie, pytanie otwarte, podkreślające możliwość i opcjonalność, kładące nacisk na zespołowość („my”), np. Co moglibyśmy zrobić, żeby młodzi Warszawiacy zużywali mniej plastiku, bo chcą być bardziej eko, ale nie wiedzą od czego zacząć? Co moglibyśmy zrobić dla kobiet wracających z urlopu macierzyńskiego, by szybko wdrożyły się do pracy bez nadmiernego stresu? Co moglibyśmy zrobić dla zapracowanej kadry menadżerskiej, by rozwijali swoje umiejętności interpersonalne nie inwestując w to prywatnego czasu? I tak dalej, i tak dalej…

Empatia i badanie potrzeb:

Szanse na stworzenie świetnego produktu lub usługi dla osób, których się nie zna i dobrze nie rozumie są niezwykle małe. Przysłowiowe wchodzenie w buty drugiej osoby, zmiana perspektywy, badania opinii i marketingowe zbliżają do dobrego poznania sytuacji osób, którym chcemy zaproponować nowe, lepsze rozwiązanie. Empatyzowanie jest ważne i pomocne w każdej sferze życia, ale jeśli myślisz o własnym biznesie – proponowaniu innym produktów i usług – to wręcz nie możesz go ominąć. Przykładowe pytania:

  • Kim jest Twój użytkownik? Czego potrzebuje? Za czym tęskni? Czego mu brak? O czym marzy?
  • Co mówi o swojej trudności, problemie? Jak opisuje aktualną sytuację? Jakich słów używa i jak je rozumie?
  • W jaki sposób doświadcza sytuacji, w której chcesz go wesprzeć? Co go denerwuje? Na co traci czas? Jak postępuje i co wybiera?
  • czym myśli? Czego chce dla siebie i najbliższych? Czego chce uniknąć?
  • Co czuje, kiedy mierzy się z daną trudnością? Jakie emocje wywołuje perspektywa rozwiązania? Co symbolizuje dla niego dany problem/produkt/rozwiązanie? Do czego aspiruje? Czego się boi? Co go irytuje?

No i pamiętaj o starym żarciku badawczym – Ty i Twoi znajomi nie jesteście grupą docelową J Wybierz się „w miasto” i znajdź nieznaną Ci do tej pory perspektywę.

Generowanie pomysłów:

W CSI: Lab nazywamy to 10x, bo nie chodzi o generowanie 10% więcej pomysłów, czy 10% lepszych pomysłów, lecz o generowanie 10 razy więcej! W przypadku innowacyjnych pomysłów to ilość przekłada się na jakość. Wyobraź sobie, że jesteś poszukiwaczem pereł – nie możesz poprzestać na otwarciu pierwszej muszli i zachwycać się nią nawet jeśli jest pusta, tylko dlatego, że jest Twoja.

Jedną z moich ulubionych aktywności na warsztacie było rysowanie jabłka (lub pomidora – my też potrzebowaliśmy kreatywnego urozmaicenia!). Nawet nie samo rysowanie tak mnie cieszyło, jak pytanie, które zawsze po nim zadawałam. Ale po kolei, aktywność polegała na tym, że zespół w bardzo ograniczonym czasie – 5 minut – starał się narysować jak najwięcej wariacji na temat jabłka. Wyzwaniem była szalona liczba 30, ale wszystko, co się do niej zbliżało także było dobrym wynikiem. Zasady były proste i tylko dwie: pierwsza osoba rysowała jabłko w pierwszym polu 30-polowej tabelki, a każda kolejna rysowała własną wersję, która była jakoś jabłkowa i inspirowana poprzednim obrazkiem. Ileż z tego było energii, radości i satysfakcji! Kiedy najżywsze emocje opadały pytałam, w którym rzędzie każda i każdy z uczestników znajduje swoje ulubione jabłko. Prawie nigdy nie był to pierwszy i drugi rząd, rzadko też trzeci, a najczęściej czwarty i piąty. Bo z kreatywnością tak jest, że pierwsze pomysły rzadko są genialne. Trzeba kopać głębiej, odbić się od absurdu i szukać zupełnie nieszablonowych i lekko szalonych idei. Obecność innych, inspirowanie się ich pomysłami i możliwość zderzenia własnych pomysłów z ich postrzeganiem to najlepsza trampolina dla innowacyjności.

 

Prototypy i testy:

Najważniejsze, choć tak chętnie pomijane. Nie inwestuj póki nie sprawdzisz! McDonald’s zanim wprowadził McSpagetti dodał go do menu, a zainteresowanych grzecznie informował, że właśnie się skończyło; oczywiście pilnie notując, ile takich zamówień się pojawiło. I wiesz co? Bardzo niewiele ich było! Bo i kto na pastę idzie do „maka”?! A McDonald’s zamiast inwestować w linię produkcyjną nowego dania po prostu udał, że ją ma. Sprawdził biznesową opcję przy minimalnych kosztach. Jeśli Cię to interesuje, polecam świetny artykuł na temat pretotypów i prototypów: https://www.jamasoftware.com/blog/pretotype/

 

A  na koniec najważniejsze – kreatywności można się nauczyć, ale nie trzeba. Dlaczego? Bo każda/y z nas ją ma. Kluczowe jest poczucie pewności we własnej kreatywności. Wiara w to, że jesteśmy w stanie wymyśleć coś ciekawego, a nawet dokopać się do genialnego. Metody i procedury odpalająca innowacyjność po prostu to ułatwiają. No i nic nie jest takim paliwem dla kreacji jak inni ludzie!

zdjęcie wyróżniające_BHAG_mniejsze

Osobisty BHAG

Kim jesteś za 10, 20 lat? 
Gdzie i jak żyjesz?
Co robisz?
Jak wyglądasz?
I jak się czujesz? 

Wiesz? Myślisz o tym czasem? Nie proponuję Ci żmudnego planowania, choć to może być ważne i wartościowe. W tym miejscu zapraszam Cię do odważnych wizji.

BHAG to wyzwanie i zachęta do marzenia. I to nie byle jakiego, bo wielkiego!

BHAG

Co to jest BHAG? To akronim z angielskich słów:

Big
Hairy
Audacious
Goal
,

czyli wielki, włochaty, zuchwały cel.

Chodzi tu o niebanalny, odważny i właśnie zuchwały cel. To może być wizja życia albo ważne marzenie, raczej nie codzienna lista ‚todosów’. BHAG ma sam w sobie stanowić marzenie i wyzwanie, które wywołuje uśmiech, ale i trochę onieśmiela. Albo wręcz przeraża!

BHAG ma być:

  1. na tyle ambitny – wielki i bezczelny – by znaleźli się ludzie, którzy zechcą „popukać się w głowę” nad jego nierealnością i niemożliwością. 
  2. i jednocześnie na tyle dostępny, realistyczny i prawdopodobny, byś ty sam/a nigdy nie zwątpił/a, że to najlepszy możliwy plan na twoje życie.

BHAG: korzenie

BHAG to pojęcie związane głównie z biznesowymi strategiami, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by zainspirować się nimi dla rozwoju osobistego i zawodowego. Ta koncepcja pochodzi z książki Jamesa Collinsa i Jerry’ego Porrasa Built to Last: Successful Habits of Visionary Companies. Do dziś jest używany jako inspiracja i podejście w budowaniu strategii.

BHAG może być wizją firmy lub własnej osoby, która cieszy i dodaje przysłowiowych skrzydeł. Powinna być zgodna z Twoimi wartościami, kompetencjami, potrzebami i możliwościami. Powinna też przekraczać pułap tego, co wiesz, że osiągniesz bez trudu. W końcu to hairy cel!

BHAGi, które mogą cię zainspirować:

  • Microsoft: Komputer na każdym biurku i w każdym domu.
  • SpaceX: Umożliwić człowiekowi eksplorację i zasiedlenie Marsa.
  • Google: Zorganizować światową informację i sprawić, by była dostępna i pomocna.
  • Nikt nie powinien zginąć ani zostać poważnie ranny w Volvo wyprodukowanym po 2020 roku.

BHAG: osobista perspektywa

Co może być osobistym BHAGiem? Na przykład jesteś dziś wziętym specjalistą, nieźle zarabiasz, ludzie się z tobą liczą, ale za 10 lat to z Twoim nazwiskiem wszystkim ma kojarzyć się dziedzina, którą się zajmujesz. Pracujesz na uczelni, prowadzisz ciekawe badania, publikujesz co nieco, a za 15 lat chcesz mieć własną katedrę.  Jesteś coachem i przykro ci, z czym większości ludziom kojarzy się coaching, więc chcesz w ciągu 20 lat pomóc przynajmniej milionowi osób i w ten sposób przekonać ich do rozwoju. Rozumiesz? Mierz wysoko, ale wiedz, że jesteś w stanie tego dokonać. I że bardzo tego chcesz.

Jak określić swój BHAG? Kilka pytań, które mogą ci w tym pomóc:

→ Jaki plan, pomysł, marzenie wywołuje w tobie wewnętrzny uśmiech?

→ Czy to marzenie jest zgodne z twoimi wartościami?

→ Jak myślisz, jak będziesz się czuł, kiedy to osiągniesz? A co na drodze do tego celu?

→ Gdy pojawia ci się lekko złośliwa myśl typu: Ja wam jeszcze pokażę to co chcesz pokazać?

→ Co jest jednocześnie twoim obszarem kompetencji, pasji i unikatowości? W jakiej dziedzinie masz szansę być wybitna/y?

→ Co osiągniesz na pewno lub z dużym prawdopodobieństwem w ciągu najbliższych 10-20 lat? Co jest dla Ciebie możliwe, ale trudne do osiągnięcia? A o czym boisz się marzyć?
Swój BHAG możesz znaleźć między odpowiedziami na dwa ostatnie pytania, ale najciekawiej dla Ciebie jeśli zdecydujesz się na tę ostatnią.


BHAG to marzenie i cel. To wyzwanie. Ma być lekko obrazoburcze, bo podważa status quo. Jednocześnie koncentruje energię, wyzwala radość i motywuje. Na zewnątrz może budzić powątpiewanie, ale w środku rozpala wiarę. BHAG to kompas i dopalacz.

zdjęcie_świadoma niekomptencja_małe

Świadoma niekompetencja

Czy można cieszyć się ze świadomej niekompetencji?

Model świadomej i nieświadomej kompetencji bywa także nazywany dołkiem uczenia się i krzywą uczenia się. Pochodzenie teorii nie jest jednoznaczne, ale opisanie jej zawdzięczamy Rameshowi Mahay.

W największym skrócie chodzi o to, że po uzyskaniu biegłości w jakimś obszarze minimalizujemy umysłowe nakłady na jej wykonanie: nie tylko wiemy, jak dane zadanie wykonać, ale i poszczególne jego etapy wykonujemy machinalnie, nawykowo. Klasyczny przykład to jazda samochodem. Jeśli prowadzisz go w miarę regularnie to już od dawna skręt nie jest dla Ciebie sekwencją drobiazgowych czynności, jak włączenie kierunkowskazu, zjechanie na odpowiedni pas, sprzęgło-redukcja biegu-adekwatny gaz, skręt kierownicy poprzez odpowiednie chwytanie jej i przesuwanie, etc. Ty po prostu skręcasz, prawda? Podobnie jest z każdą inną czynnością. Gdy wyrobimy nawyk, nie musimy zastanawiać się i decydować o każdym kolejnym kroku, robimy to skuteczniej i szybciej, pozostawiając sporą dawkę naszej uwagi i koncentracji dla innych spraw. Przysłowiowe schody zaczynają się, gdy pojawia się zmiana. To może być lewostronny ruch albo skrzynia biegów dla przyzwyczajanych do automatów.

Podobnie, sytuacja zmienia się diametralnie, gdy uczymy się czegoś nowego. Czy masz jakieś możliwie świeże wspomnienie uczenia się czegoś? Może tańce, jakaś gra zespołowa, nowe urządzenie? To zawsze wymaga sporo wysiłku na początku. Te niezdarne ruchy, długie minuty dla najprostszych decyzji, a później pierwsze ślamazarne ruchy. I jak to wygląda? No cóż, zazwyczaj estetyka jest wątpliwa, choć bywa urocza. Pełne skupienie, zaciśnięte wargi lub język na wierzchu, wytrzeszczone oczy. W przestrzennych, nowych ruchach nasze ręce i nogi współgrają jakby pierwszy raz w życiu się spotkały. Tak, takie bywają oznaki naszego wysiłku.

nieświadoma niekompetencja – świadoma niekompetencja – świadoma kompetencja – nieświadoma kompetencja

Ta niebywała zgrabność i polot w tzw. dołku uczenia się to świadoma niekompetencja, którą wyznacza moment uświadomienia sobie, że czegoś nie umiemy. Nie dużo lepiej jest na etapie świadomej kompetencji, czyli czasu, kiedy zaczynamy już wykonywać nowe czynności, ale nadal kosztuje nas to sporo uwagi i wysiłku.

Większości własnych niekompetencji nie jesteśmy świadomi, bo nawet o nich nie myślimy – biegłość w japońskim, szydełkowanie, montowanie bojlerów, etc. Uświadomienie sobie własnej niekompetencji to szczególny moment, który poprzedza przełomową decyzję o potrzebie, a może i chęci, poszerzenia danej kompetencji. To nie musi być radosna eureka, to może zwyczajnie wkurzać. Ktoś, kto poświęcił kawał swojego życia na kształcenie znów dowiaduje się, że jest coś nowego, co trzeba przeczytać, przećwiczyć, włączyć do działania. Czasem pojawia się pomysł, by nie tylko doskonalić znane, ale zająć się czymś nowym, nie odkrytą jeszcze dziedziną; wtedy trudno nawet określić, od czego naukę należy zacząć.

Świadoma niekompetencja to także szansa na rozwój i odkrywanie nowego. Wiele zależy od nas: czy to będzie początek fantastycznej przygody, czy kolejna, mozolna robota?

A później świadoma kompetencja, czyli jest lepiej, ale jeszcze długa droga przed nami. W jaki sposób Ty doświadczasz siebie jako osoby uczącej, początkującej? Nauka może być przyjemna, satysfakcjonująca, dodająca energii. Może być także związana z frustracją, stresem, niezadowoleniem. Wiele zależy od tego, czego się uczymy – czy sami wybraliśmy nowe zajęcie lub doskonalenie się w jakimś obszarze; czy jesteśmy w stanie dostrzegać postępy; czy jesteśmy wspierani w wysiłkach i sami siebie wspieramy. Zapewne jest wiele innych czynników, a dla każdego klucz do dobrej nauki może być inny. Czy Ty znasz swój?

Co jest ważne, by nauka była nie tylko skuteczna, ale i przyjemna? Czyli jak cieszyć się ze świadomej niekompetencji:

  • Jasno określony cel – zastanów się, po co właściwie zdobywasz nową kompetencję i nie zapominaj o tym w mozole działania;
  • Realistyczny plan – nikt nie nauczył się skomplikowanej czynności w jeden dzień, zbyt ambitny plan to doskonała recepta na frustrację;
  • Docenianie – już sam fakt podjęcia decyzji o poszerzeniu własnej kompetencji jest wart docenienia, uznanie to paliwo na kolejne etapy;
  • Wsparcie – pozwól sobie pomóc życzliwym Ci ludziom, nie bój się też prosić o pomoc;
  • Pożegnanie perfekcjonizmu – parafrazując Marsellusa Wallace’a z Pulp Fiction Perfekcjonizm tylko boli, a nigdy nie pomaga. Zwalcz go w sobie. Nauka wymaga potknięć, prób i błędów, bezradności, szukania kreatywnych rozwiązań;
  • Poczucie sensu to najlepszy barometr dobrej drogi i adekwatnych działań. Oczywiście, że często uczymy się czegoś, czego wcale nie chcemy, ale i wtedy robimy to ze względu na jakiś inny cel. Jeśli jednak sam/a wybrałeś lub osobiście uznałaś/eś swój obszar nauki to poczucie sensu osadzi Cię i wzmocni w tym procesie.

Co jeszcze dodasz do tej listy?