permakultura

Comfort change, czyli zmieniaj i żyj, jak chcesz!

Byłaś ostatnio na łące?

Uwielbiam letnie łąki, pełne wszystkiego i niczego. Najpierw zielone od traw, z czasem i słońcem żółkną. Stale przeplatane kolorowanymi kwiatami: maki, niezapominajki, stokrotki. Chętnie rozkwitają w przydrożnych rowach, na miejskich skwerach i pustych przestrzeniach na obrzeżach wsi. Wzrusza mnie, kiedy myślę o bogactwie, którego nikt nie planuje, może nawet nie chce, a które i tak rozkwita. Ale czy wiesz, że łąkę można zestresować? Serio! Dlatego na pastwisku wyznacza się części, które cyklicznie chroni się od pasących zwierząt, żeby trawa mogła odpocząć i się zregenerować. Podobnie może być z glebą. Ja wczoraj stworzyłam swoją pierwszą grządkę permakulturową i jestem nią zachwycona. Jednym z założeń tego podejścia jest nieprzekopywanie ziemi, żeby nie stresować gleby, czyli nie niszczyć naturalnego mikrosystemu, który w niej żyje.

Dlatego, jak myślę o wszędobylstwie stresu to mi po prostu ręce opadają. Każda i każdy z nas doświadcza go zdecydowanie za dużo, co pokazują choćby liczby środków przeznaczanych na leczenie chorób związanych ze stresem. Ale nie o tym. Chodzi o zmianę i to taką zmianę, która może ekscytować, ale nie musi stresować.

~~~

Nigdy nie byłam fanką „wychodzenia poza strefę komfortu”. Oczywiście wiem, i sama często tego doświadczam, że największe zmiany nie dzieją się na hamaku w kojącym cieniu. Nie uważam jednak, że muszą oznaczać wielki wysiłek, rany na ciele i w psychice, narażanie się i nadużywanie jak na wojnie.

Komfortowa zmiana oznacza dla mnie taki kierunek i tempo działań, w których możesz bezpiecznie robić małe kroki, a one nie uruchamiają Twojego systemu alarmowego. Bo wiesz, umysł naprawdę nie lubi zmiany, niepewności i nieznanego, dlatego chroni Cię, zniechęcając do zmiany. Ma parę dobrych metod na to!

Ale można też wprowadzać zmianę w taki sposób, żeby nie alarmować tych części Ciebie, które wolę chronić niż zmieniać.

Proponuję ci pięć sposobów na mniej stresującą zmianą. Przetestuj i zobacz, co Tobie służy najlepiej – daje komfort, a jednocześnie jest skuteczne.

sposób 1

Małe kroki pewnie znasz. Jakkolwiek zmiana nie jest duża podziel ją na takie części, które bez problemu i nadmiernego wysiłku wykonasz przy jednym podejściu.

Jak można podzielić duży projekt na małe kroki? Najprościej na czas lub na kawałki.

→ Możesz na początku przeznaczyć kwadrans (5 minut też jest OK!) dziennie i robić cokolwiek w temacie, który chcesz ruszyć do przodu.

→ Możesz też podzielić projekt na małe zadania. Piszesz? Załóż 200 słów dziennie na początek. Chcesz ćwiczyć, niech to będzie swobodny ruch do jednej ulubionej piosenki zaraz po przebudzeniu. Marzy Ci się zdrowsza dieta, zacznij od jednej porcji warzyw w ciągu dnia.

Rozumiesz? Mały krok naprawdę ma być mały.

sposób 2

Z małymi krokami ściśle wiąże się inna zasada: tylko do granicy oporu. Jeśli chcesz skutecznej i trwałej zmiany to nie naciskaj za mocno na siebie! Każdy etap comfort zmiany jest na luzie i w spokoju. Czujesz, że jedzenie jednej porcji warzyw każdego dnia jest fajne, ale nie znajdziesz na to czasu? Zacznij od soku albo liścia sałaty. Rano tańce? Cała piosenka? Nie mieści Ci się to w głowie? Zacznij od jednego przeciągnięcia się po wstaniu z łóżka. 200 słów tekstu?! OK, jedno zdanie też jest w porządku. Na pewno rozumiesz – chodzi o takie wprowadzanie zmiany, które na żadnym etapie nie jest dla Ciebie bolesne. A kiedy mała zmiana się przyjmuje, zwiększasz zakres. Do przeciągnięcia dodajesz przysiad, do liścia sałaty plaster pomidora, i tak dalej. Jeśli przesadzisz i zrobi się ciężko, cofasz się i zmniejszasz porcję nowości.

Ważna jest tylko konsekwencja – warto utrzymać rytm i stopniowo zwiększać zakres.

 

Poważną barierą przed wprowadzeniem zmiany, nawet małymi krokami, może być strach.

To strach, tak często obecny w zmianie (choć równie często wypierany) może być winowajcą dyskomfortu.

Ale mam dwa pomysły, jak możesz działać pomimo strachu i robić komfortową dla siebie zmianę.

sposób 3

Działaj pomimo strachu, a nie bez strachu. To jest ważna i poważna różnica. Często spotykam się z postrzeganiem odwagi jako nieodczuwaniem strachu. A to nie do końca o to chodzi. Jeśli w obliczu wyzwania osoba nie odczuwa żadnego strachu to albo to wyzwanie nie jest dla niej tak naprawdę wyzwaniem albo jest brawurowa. Odwaga to złoty środek pomiędzy tchórzostwem i brawurą, czyli właśnie działanie pomimo strachu, a nie bez strachu. Złoty środek oznacza, że jednego i drugiego – strachu i brawury jest po trochu. Pasuje Ci to? Zgadzasz się?

Koniecznie sprawdź, jakie masz przekonania na temat strachu przed zmianą i odwagą w działaniu. Sprawdź, czy nadal Ci one służą, czy może wymagają zmiany.

Następnie, jeśli nadal czujesz więcej strachu niż odwagi odpowiedz na pytanie, co Cię bardziej motywuje w działaniu: ciekawość czy miłość.

Ciekawość? Wtedy zrób i zobacz, co się wydarzy.

Miłość? Zrób to dla kogoś.

Tak, to wystarczy. Nie musisz stale skupiać się na sobie i swoich wewnętrznych przeżyciach. Spróbuj i zobacz, co z tego będzie. Idąc małymi krokami na pewno się nie sparzysz. Działanie jest najlepszym lekarstwem na lęki.

sposób 4

Nagroda to prosty, żeby nie powiedzieć prostacki sposób motywowania. Ale też niezwykle skuteczny! Tylko Ty wiesz, co Cię najbardziej kusi i cieszy. Może jest coś, czego odmawiasz sobie od dłuższego czasu? Może jest coś w kategorii fanaberii, co może i miłe, ale też zupełnie niepotrzebne, więc to odkładasz. Jeśli masz cokolwiek takiego, możesz wykorzystać to w zmianie, szczególnie w krytycznym momencie.

U mnie takim momentem jest początek. Czasem zbyt długo coś odkładam, a potem okazuje się, że nie było to takie straszne ani takie nieprzyjemne. W krytycznych sytuacjach sięgam po przekupstwo samej siebie, żeby wystartować. Radość mam wtedy podwójną – pchnęłam projekt i mam nagrodę! Jeśli trudniejsza jest dla Ciebie motywacja w trakcie trwania procesu albo dokańczanie rozpoczętych spraw to analogicznie wrzuć swoją zachętę do środkowego etapu lub do finalizacji.

Pamiętaj tylko, że z nagrodami za działanie związane jest niebezpieczeństwo, że zabijesz motywację wewnętrzną. Trzeba więc używać ich z głową, a nie jakbyś chciała ożywić psa Pawłowa 😉

sposób 5

Zamiast korzystać z gotowych rozwiązań i próbować się do nich dopasować, stwórz własną strategię comfort change. Proponuję Ci rozwojową przygodę. Przygotowałam dla Ciebie IDEAwarsztat: parę kartek, kilka pytań i przestrzeń dla Ciebie do poszukiwań. Zaczniesz od swojego doświadczenia i na jego podstawie, z moimi podpowiedziami, stworzysz swoją strategię komfortowej zmiany. Co Ty na to?

Jedyne czego potrzebujesz to chwila spokoju i przestrzeń na refleksję.

Na początek przypomnij sobie doświadczanie skutecznej zmiany, najlepiej świeże – z wiosny tego roku. Odpal IDEAwarsztat i działaj!

Może być tak, że czujesz zmęczenie monitorem komputera i telefonu. Dlatego serdecznie polecam Ci wydrukować (przynajmniej strony 4-7) IDEAwarsztatu, wziąć nie tylko długopis czy pióro, ale i kolorowe kredki, mazaki, farbki i zabawić się w detektywistyczną podróż po własną receptę na comfort change.

Tak, wiem to wymaga trochę pracy i czasu, nie jest gotową receptą na rozwiązanie. Ale Ty o zmianie wiesz już dużo i jeśli połączysz to ze swoimi, zupełnie indywidualnymi i niepowtarzalnymi preferencjami to powstanie dużo skuteczniejszy sposób na comfort change, niż dostępny gotowiec.

Podziel się swoją strategią – napisz, pogadamy o tym!

~~~

 

To jak, czy jest jakaś zmiana, którą możesz wprowadzić jak na regenerującej się łące lub wyluzowanej permakulturowej grządce?

Sposób na rozsądny strach

A gdyby tak olać pozytywne myślenie?

Powtarzasz sobie w myślach, że wszystko będzie dobrze.

Dam radę, czujesz.

Wierzysz w siebie.

Trzymasz za siebie kciuki.

Twoje marzenia to tak naprawdę Twoje plany.

Jest dobrze i będzie jeszcze lepiej.

~~~

I Ty i ja wiemy już, że nasz mózg jest plastyczny. Możemy uzdrowić traumę i wydeptać nowe ścieżki myślenia.

Tylko czasem ten oblepiający okropny strach sprawia, że nie ma jak się ruszyć.

Jakby włożyć palec do świeżo zgaszonej świeczki. Niby nim poruszasz, ale wszystko się klei. Jest ciepło a potem zastyga. Twardy wosk możesz skruszyć, odkleić, zdrapać. Ale i tak coś zostaje.

~~~

Nadal spotykam się z podziałem na pozytywne i negatywne emocje. Jasne, rozumiem go. Zakładam, że Ty, podobnie jak ja, wolisz czuć radość niż smutek czy złość. Ale emocje są jakie są. To biologiczny mechanizm. Mają określone funkcje i nie pozwalają nam zapomnieć o naszym ewolucyjnym pochodzeniu. Złość jest po to, by ciało w mobilizacji stanęło do walki. Strach ma pomóc się chronić – uciekać lub walczyć, a czasem zastygnąć, jeśli to jedyna opcja. Radość jest dla celebracji i nagrody. Smutek to czas wyciszenia i regeneracji.

Strach nie jest Twoim wrogiem. To konkretnie chcę powiedzieć.

Nie ma sensu z nim walczyć.

~~~

Gdy podejmujesz trudne, nowe przedsięwzięcie – tak, kiedy wchodzisz w zmianę – strach pojawia się, żeby zasygnalizować, że coś się dzieje. To bardzo podstawowy mechanizm, jak alarm albo czujka ruchu. Po prostu daje znać, że COŚ się dzieje.

A co się z tym sygnałem stanie zależy już od Twojej interpretacji.

Pojawienie się strachu nie oznacza, więc że należy przestać działać. Albo w ogóle tego działania nie podjąć. Oznacza tylko (albo aż) że wchodzisz na nowy grunt i nie wiesz dokładnie, co tam spotkasz, więc Twój strach prosi Cię o szczególną uważność.

~~~

Stoicy znajdowali spokój w wyobrażaniu sobie nieszczęść.

I żeby było jasne, nie chodzi o pesymizm, zamartwianie się i inne destrukcyjne nawyki myślowe. Wręcz przeciwnie, chodzi o akceptację i pokorę. Świadomość, że skoro nieszczęścia się zdarzają to prawdopodobnie przydarzą się i mi, może być niezwykle uwalniająca. Co najważniejsze, pozwala się przygotować. Bo nieszczęście i zaskoczenie to naprawdę nieprzyjemna mieszanka.

„Trzeba wyobrazić sobie los z całą pełnią jego możliwości.”

Seneka

~~~

Kiedy identyfikuję strach – najczęściej czuję go w brzuchu albo słyszę w natrętnych myślach – to zapraszam go do współdziałania jak najlepszego opiekuna. Bo on odzywa się, żeby mnie ostrzec i chronić.

Jedno na co mu nie pozwalam to przejęcie kontrolę. Zasada jest prosta – ok, możesz iść, ale to ja wybieram drogę, tempo i sposób. O niczym nie decydujesz, na nic bezpośrednio nie wpływasz, ale wiem, że jesteś i to jest dobre. Dziękuję. Tak, szukam w sobie wdzięczności za towarzystwo strachu.

Czasem jednak strach okazuje się nieznośnym towarzyszem podróży.

Co gorsza, czasem nie pozwala w ogóle wyruszyć!

Wtedy się zatrzymuję i sprawdzam, o co tak naprawdę chodzi.

Proponuję Ci takie zatrzymanie.

Proponuję Ci spotkanie z najgorszą wersją Twoich obaw.

Ale tylko na papierze.

To koniecznie musi być spisane. Tak działa ta metoda. Samo myślenie nie wystarczy.

Tak, wiem, że piszę autorytarnie, ale w tym przypadku jestem pewna tego na 100%.

krok 1

Co jest absolutnie najgorszym scenariuszem wydarzeń, jeśli zdecydujesz się na zmianę, o której myślisz a której się boisz?

Stracisz pieniądze? Reputację? Będziesz głupio wyglądać? Czy możesz stracić też swoją pracę? Dom? Rodzinę? Przelej na papier wszystko, co się pojawia w Twoich myślach. Nie zadawalaj się pierwszymi pięcioma czy 10 odpowiedziami. Kop dalej. Kiedy poczujesz dyskomfort z tego, do czego się dokopujesz, weź głęboki oddech i kop dalej. Twoim zadaniem jest zejść do podziemi swojego strachu. Nie interesuje Cię to, co na powierzchni, bo to dobrze znasz.

Jest grubo? OK – zadaj pytanie do tej najgorszej wersji wydarzeń – i co wtedy się stanie?

krok 2

Zobacz swoje spisane obawy.

Jak prawdopodobne jest, że to się wydarzy?

Oceń to na skali 1-10, gdzie 1 wcale nieprawdopodobne, a 10 na pewno tak to się potoczy.

krok 3

Rozpisz plan działań w razie pojawienia się czarnego scenariusza. Co zrobisz? W jaki sposób się pozbierasz? Od czego zaczniesz?

krok 4

Odwróć kartkę.

A co jeśli wydarzy się najlepszy możliwy scenariusz? Jakie są wszystkie możliwe korzyści z wprowadzenia zmiany, jeśli nie tylko pójdzie ona po Twojej myśli, ale pojawią się też dodatkowe, miłe niespodzianki? Spisz to wszystko.

Oceń, czy warto podjąć ryzyko. Czy tego, czego się boisz tak naprawdę chcesz?

~~~

Jedno jest pewne.

Jeśli pojawia się strach to znaczy, że sprawa jest dla Ciebie naprawdę ważna.

plan_2021

noworoczne marzenia

Planowanie w balansie między założeniami i elastycznością.

Ciekawe, czy wierzysz w przesądy.

Piątki 13-tego, czarne koty, wracanie się po coś i przysiadanie lub cokolwiek takiego. Ja niestety tak! To znaczy niby nie, ale jak się okazuje trochę tak. Wiesz, co mam na myśli?

Moja głowa: rozsądek i intelekt wolałby, żeby nie. Nieuleganie przesądom jest logiczne, sensowne i pozwala lżej żyć bez tych niepotrzebnych ograniczeń. Ale lustra wolałabym nie stłuc. Wiesz, tak jak przechodząc przez ulicę najpierw patrzysz w lewo tak możesz przysiadać na chwilę, gdy wracasz do domu po zapomnianą rzecz. I ja to rozumiem!

Sylwester i Nowy Rok też byłyby lżejsze, gdyby nie te wszystkie: „jaki sylwester taki cały rok”. I nagle w jeden dzień możesz chcieć upakować wszystkie pragnienia, zamiary, nowe rutyny, spotkania, głębokie rozmowy, zdrowe jedzenie, ćwiczenia, naukę i co tam jeszcze marzy Ci się na cały nadchodzący rok. Wyzwaniem pozostaje wtedy pogodzenie tego z luzem, zabawą i świętowaniem.

Oczywiście, bardzo prawdopodobne, że w ogóle sobie tym głowy nie zawracasz i po prostu świetnie się bawisz. I to najlepsza opcja;)

Opowieść o przesądach Sylwestra i Nowego Roku to po prostu pewna soczewka na sytuacje, kiedy zbyt wiele oczekiwań można przyłożyć do małego formatu, a później frustrować się i demotywować, gdy nie idzie DOKŁADNIE według założeń. Taki los często spotyka postanowienia noworoczne. Ambitne plany biorą w łeb już w pierwszym tygodniu stycznia i trzeba czekać prawie 12 miesięcy na kolejną szansę na projekt „nowa wersja mnie”.

~~~

Zbyt ambitny plan na jakąkolwiek zmianę jest najprostszą drogą do frustracji i rozczarowania.

 

2020 nauczył i Ciebie i mnie, że świat i życie mogą zupełnie nie liczyć się z naszymi planami. I to wcale nie musi być powód do rozpaczy. Po prostu planując 2021 warto zostawić sporo przestrzeni – mentalnej, czasowej, energetycznej, finansowej – na to, czego z perspektywy dzisiejszego dnia przewidzieć się nie da.

Kiedy myślę o zarządzaniu zmianą to najrozsądniejsze wydaje mi się takie planowanie, które uwzględnia moje marzenia i cele, czyli zmiany, które wybieram; a jednocześnie pozostawia sporo przestrzeni na zmiany, które mnie spotkają, a które niekoniecznie wybiorę.

Najważniejszym wyzwaniem na 2021 z perspektywy zarządzania zmianą i planowaniem będzie zachowanie balansu między założeniami i elastycznością.

 

~~~

Zostawiam Ci 5 podpowiedzi na elastyczne planowanie, które sprawdzają się nie tylko u mnie.

Trzy z nich są bardziej strategiczne, a dwie raczej techniczne.

Zbyt często w planowaniu idziemy tylko w jedną z tych dróg: albo wielkie marzenia i inspirujące wizje albo konkret i szczegółowo rozpisany plan. Dla skuteczności zmiany trzeba zadbać o obie sfery. Tak zwany „big picture” ze strategii pomaga orientować się na to, co najważniejsze i nie tracić z pola widzenia kwestii kluczowych. Dobre warunki do realizacji zamierzeń to nie tylko organizacyjne ułatwienie działania, ale – w praktyce – umożliwienie wprowadzania zmiany.

1.

Jasno określ priorytety.

Wiem, słyszysz o tym non stop.

Pytanie, czy stosujesz.

Wybierz, co jest dla Ciebie najważniejsze w 2021. To może być jedna rzecz, jeden projekt, jeden nowy nawyk. Priorytet to coś najważniejszego. Z definicji więc nie może być ich zbyt wiele. Najczęściej 3 to polecany priorytetowy max.

Na przykład chcesz zacząć ćwiczyć, podwoić przychód, jeść więcej warzyw, rzucić mięso lub windę, czytać codziennie, dzwonić do babci raz w tygodniu – super, pewnie wszystko to wprowadzisz w życie. Ale jeśli wybierzesz z takiej listy jedną rzecz, która jest najważniejsza to łatwiej będzie Ci się jej trzymać. W momencie, gdy trzeba będzie wybierać, bo czasu albo sił będzie za mało – nie masz niepotrzebnych dylematów.

2.

Nie planuj na noworocznym haju.

Świąteczny relaks, poczucie mocy, skumulowana energia i rozpalająca wizja nowych szans to mieszanka wybuchowa! Łatwiej na niej popłynąć w planach tak, by już niedługo topić się od ich nadmiaru. Paradoksalnie w planowaniu zmiany lepsze podpowiedzi da lekko umęczone ciało i umysł na normalnych pracowych obrotach niż ekscytacja Nowego Roku.

Masz ambitny plan? Wierzysz w niego? Super! Pozwól sobie uznać go za wersję A i w połowie (albo pod koniec) stycznia sprawdź, czy nie wymaga weryfikacji. Ważne: każda z tych wersji to sukces! Nie odkładaj zmiany – nawet jeśli nie wszystko idzie zgodnie z planem – na 01 styczeń 2022.

3.

Zadbaj o nieoczywiste zasoby.

Planując zmianę zbyt często myślimy tylko o celach, planach i zadaniach. A ich realizacji wymaga energii. Tę energię z kolei trzeba skądś pozyskiwać. Tak przyziemne sprawy jak sen, jedzenie i ruch to podstawa i paliwo do każdej zmiany.

4.

Rozplanuj tylko część zasobów (czasu, energii, siły, pieniędzy), a resztę zostaw wolną.

Najbliższe kilka miesięcy z pewnością przyniesie szanse i pomysły, których dziś nie przewidujesz. Jeśli Twój kalendarz na 2021 już jest pełen to jak chcesz mieć na nie przestrzeń?

Wolne dni, puste tygodnie w kalendarzu i miesiące bez projektów to nie lenistwo, ale właśnie szansa na balans między planem i elastycznością.

5.

Jedno małe słowo (one little world Ali Edwards)

To mój sposób na godzenie planu i elastyczności. OLW pozwala mi określić ogólne plany i wyzwania, a jednocześnie pozostawia sporo przestrzeni do wypełniania jej spontanicznymi pomysłami i reakcją na bieżące wydarzenia.

Idea OLW, jak ja ją rozumiem, to wybór słowa, które w danym roku będzie Cię inspirowało do zmian i rozwoju. Może stać się Twoją afirmacją albo sposobem na audyt: mając swoje wybrane słowo możesz inspirować się nim określając cele zawodowe i rozwojowe w każdym miesiącu, ale także sprawdzać, czy to czym aktualnie się zajmujesz jest zgodne z twoimi priorytetami.

Moje słówko na 2021 to RELEASE, bo przede wszystkim chcę się uwalniać się od niesłużących przekonań, relacyjnych obciążeń oraz zadań i ambicji, które już mi nie służą. Chcę także wydać w tym roku pierwszego ebooka i kurs online. To słówko łączy moje zawodowe i rozwojowe marzenia!

Wybranie słowa na dany rok jest dla mnie działaniem na granicy planu, marzenia i zaklinania rzeczywistości. Sposobów na korzystanie z OLW jest wiele. Możesz stworzyć kolaż i inspirować się takim obrazem. Możesz swojego słówka używać jako afirmacji. Możesz też w każdym miesiącu planować zmiany, które urealnią jego obecność w Twoim życiu. Możliwości jest wiele. Co ciekawe, już sam wybór słowa i dedykowaniu mu roku może uruchomić pozytywne zmiany. Spróbujesz?

zmiana na/w święta

Z okazji pandemii przeniosłam się do życia w lesie. Wczesnym popołudniem wychodzę na spacer. Otwieram drzwi i jestem w lesie. Ten spacer to część mojego dziennego rytuału. Jedna z lepszych! Robi mi dzień po prostuJ

Pogoda co prawda rzadko nastraja do wędrówki. Mrozu może nie ma, ale jest chłód podszyty wilgocią i wiatrem. Najlepsza pora roku – zima bez zimy;)

Ale OK wychodzę, więc już jestem z siebie zadowolona. Przechodzę pół kilometra, dobrze wiem, bo tyle idzie się Macierzanki do Borowików. Czuję, że mam kamyk w bucie. No trudno, myślę. Mały jest, myślę. Nic mi nie zaszkodzi. A buty mam wysokie, turystyczne, wiązane. Nie chce mi się po prostu odwiązywać i ściągać tego buta. Na tym wilgotnym chłodzie.

Właściwie to dość często tak robię. Właściwie to po jakimś czasie przyzwyczajam się do tych kamyczków. Właściwie to nie przeszkadzają. Może nawet się układają. Gdzieś z boku?

Ale ten nie chce. I nagle dopada mnie myśl: „Zadbam o siebie”! Serio! Tak pomyślałam. Rozwiązuję buta, wyrzucam kamyk, zawiązuję z powrotem i idę dalej. No dobra, jeszcze rękawiczki musiałam zdjąć. Całość przedsięwzięcia zajmuje poniżej minuty, wysiłek poniżej 1 w skali 1-10.

A mogłam jeszcze godzinę iść z kamykiem.

~~~

O co mi chodzi w tej leśnej opowieści?

Może masz tak czasem, że uwiera Cię kamyk. To może być fizyczny kamyczek, jak ten z buta, a może być zupełnie metaforyczny.

Taki kamyczek może być zupełnie nieszkodliwy. Może być też bardzo irytujący. Do jednego i do drugiego można się przyzwyczaić. Pytanie tylko czy warto?

W okresie świąt możesz doświadczać wiele kamyczków. Ja doświadczam. Większość z nich mogę wrzucić do worka „tradycja”, pozostałe to oczekiwania innych (tak naprawdę często ubrane w „tradycję”). Opowiem Ci jak radykalnie rozprawiam się z tym worem w tym roku. Zobacz, czy coś Cię zainteresuje (może zainspiruje?) i zatrzymaj się na chwilę, żeby wyrzucić niepotrzebny kamyczek z buta. Dalej w święta idź lekko i tak jak chcesz.

~~~

W tym roku postanowiłam poszukać odpowiedzi na pytanie, jak ja lubię i chcę spędzać święta. Znudziło mnie we mnie samej stwierdzenie „ja to za świętami nie przepadam”.

To nie może być cała prawda o mnie i moim stosunku do świąt. A przynajmniej nie jest dla mnie wystarczająca.

Dla zapewnienia sobie tak zwanego świętego spokoju do poszukiwań i odkrywania, co mi w duszy gra postanowiłam spędzić te święta sama. Taki rok, taka potrzeba, tak mi pasuje. I wiesz co? Sama ta decyzja zadziałała magicznie!

Mam pewność, że wszystko, co robię, robię dla siebie i ze względu na siebie. Nic nie podgrywam, nie spełniam żadnych oczekiwań, nie wyrabiam się w niczym. Uzyskałam swój punkt zero. I co się okazuje? Często odpalam sobie świąteczną muzykę, obejrzałam już trzy świąteczne komedie romantyczne i z przyjemnością szukam inspiracji kulinarnych do tego, co sobie przygotuję do jedzenia.

Przez wiele lat dopasowywania się do tzw. tradycji, potrzeb i zwyczajów innych nie miałam przestrzeni, żeby zastanowić się, co tak naprawdę jest dla mnie ważne w świątecznym czasie. Męczyły mnie okropnie przygotowywania, dyskusje o prezentach, kilkugodzinne siedzenie przy stole. Jeśli chodzi o jedzenie to nie cierpię oceniania i komplementowania potraw zrobionych przez innych, jak dla mnie zbyt często na pokaz – moje wegańskie zamienniki szczególnie się tu wybijają, a ja zgłosiłabym się do konkursu, gdybym chciała być oceniana!

~~~

Jeśli Ty uwielbiasz wszystko, co spotyka Cię w święta to super! I skoro masz święta, jakie lubisz i jakich potrzebujesz – zmiataj stąd piec pierniki i lepić pierogi. Może po prostu nie potrzeba Ci żadnej zmiany w tym temacie.

~~~

Możesz spędzić święta, jak chcesz.

Myślę, że moja sytuacja nie jest odosobniona. Skoro dalej czytasz to i Twoja jest chociaż trochę podobna. Znam wiele osób, które nie przepadają za świętami. Część z nich zmienia coś w rodzinnych rytuałach, ale część nie robi nic, tylko się męczy. Jak ja czasem z tym kamykiem w bucie. Co ciekawe, wszystkie osoby, o których wiem, że zdecydowały się na modyfikację utartych schematów tradycji są z tego zadowolone. Nawet więcej – są dumne.

 

Proponuję Ci zacząć od prostych, ale – nie ukrywam – niełatwych pytań:

→ Co lubisz w świętach? Co daje Ci radość?

→ Za czym tęsknisz, kiedy daleko do świąt?

→ Co Cię wkurza w świętach?

 

Święta powinny w jakiś sposób odróżniać się od nieświątecznego czasu.

Mają być wyjątkowe.

Ale tę wyjątkowość możesz zdefiniować po swojemu.

~~~

Zerknij na koło:

Sprawdź, czy w każdym z tych obszarów dbasz o siebie w święta.

 

Mój rozkład pomysłów według 5 obszarów:
Na święta oczywiście 😉

  • myśli – dbam o dobre, karmiące myśli, mówię do siebie czule i czytam dobrą książkę (powieść! A nie jakąś do doktoratu).
  • działania – testuję nowe i ciekawe pomysły kulinarne w poszukiwaniu rybnych smaków bez ryby (dziś w ramach prób zrobiłam doskonałą bez-rybę z bakłażana nadziewanego tofu smażonego w nori i bezglutenowej aromatycznej panierce – tak, to prawda, jestem z niego dumna!).
  • emocje – stale sprawdzam, co daje mi radość, szukam podniosłości, otwieram się na dumę i pozwalam sobie na łzy, kiedy się wzruszam.
  • duch – czuję się uduchowiona, ale jestem niespecjalnie religijna. Natomiast odkryłam, że bardzo lubię chodzić na pasterkę, więc i w tym roku się wybiorę, żeby razem z innymi śpiewać kolędy. Nie cierpię powiedzonka „święta, święta i po świętach”, dlatego mam w planie medytację i porządne chwile sama ze sobą na refleksję, żebym nie miała wrażenia, że święta mi uciekły.
  • ciało – spacery, joga, dobre jedzenie, czyli takie akurat: bez przejadania się i bez jedzenie czegoś, na co nie mam ochoty (to całe próbowanie wszystkich potraw jest zdecydowanie nie dla mnie!).

 

Co Ty na to?

Wchodzisz w to?

~~~

Jest jeszcze jedna kwestia. I to bardzo ważna kwestia. Ani Ty ani ja nie żyjemy w społecznej próżni. Ani nawet na bezludnej wyspie. Pytanie więc, co z innymi, jeśli Ty zaczniesz wprowadzać zmiany?

 

Każda, także mała zmiana rusza i porusza system. A system ma to do siebie, że woli trwać i chronić, niż się zmieniać. Na modyfikację reaguje więc stawiając opór. Ten opór może przybierać różne formy, choć najbardziej prawdopodobne jest, że członkowie rodziny (ale może też przyjaciele i znajomi) zechcą wytłumaczyć Ci, dlaczego źle robisz i jak wiele ryzykujesz mówiąc tradycji: „sprawdzam”. To normalne. I przewidywalne. To jest ich prawo, a także prawo samego systemu. Twoim prawem jest natomiast asertywność i dbanie o swoje potrzeby.

~~~

 

Zmiana sposobu spędzania świątecznego czasu będzie zupełnie różna, jeśli tej zmiany potrzebujesz nie tylko Ty, ale i ktoś Ci najbliższy. Wiadomo, razem raźniej. Można wspólnie zastanawiać się, co służy, a co już się „przejadło”. Czy rzeczywiście na Wigilii musi być i barszcz, i grzybowa? Czy warto jechać 400 km, żeby odwiedzić ciocię? Czy robimy wszystkim prezenty? I tak dalej i tym podobne. Oczywiście, może się zdarzyć, że nawet z tą drugą połówką od zmiany napotkacie istotne różnice zdań i preferencji. Wtedy warto pogadać. Gadać, gadać i gadać, aż dotrzecie do miejsca, w którym rozjaśnia się, o co tak naprawdę chodzi. W tych rozmowach warto nazywać potrzeby i szukać granic – do jakiego miejsca jest dla Ciebie fajnie, kiedy jest nadal OK, a kiedy wchodzisz na niebezpieczny grunt, w którym zaczynasz się nadużywać. Warto zainwestować czas i energię szukając konsensusu, a nie godzić się na kompromis.

~~~

Życzę Ci wspaniałego, świątecznego czasu!

Niech będzie taki, jak chcesz. Po prostu.

Zmieniaj i spędzaj święta, jak chcesz.

kreatywnosc_main

Kreatywność, bo warto

Kreatywność jest jak jazda na rowerze – można się jej nauczyć!

To hasło towarzyszyło Projektantom Innowacji w pilotażowym programie realizowanym przez Polski Fundusz Rozwoju i Google.

  • 6 miast
  • Ponad 160 godzin warsztatów
  • I prawie 1200 uczestniczek i uczestników!

W tym niezliczona liczba niezwykłych pomysłów, rzeka inspiracji, nowe znajomości i całe sieci kontaktów, twórczy ferment, emocjonalna energia i doświadczenie, z którego można się uczyć.

A ja miałam niemałą przyjemność część z tych warsztatów poprowadzić.

 

W ramach Projektantów Innowacji Google podzieliło się swoją metodyką Creative Skills for Innovative (CSI: Lab), która opiera się na design thinking. W Google’u używają tej metody na co dzień w tworzeniu innowacyjnych produktów. PFR wspiera i chce wspierać młodych (pomysłem i duchem) innowatorów i przedsiębiorców; co najważniejsze ma na to niemałe środki!

Z tej mieszanki powstał bardzo praktyczny program, który nie opowiada o tym, co i jak należy rozbić, ale wrzuca ludzi w sam środek twórczego wiru, by doświadczyli mocy własnej wyobraźni, współpracy, wzajemnej inspiracji i budowania. A później sami zdecydowali jak chcą korzystać w design thinking w swojej pracy i życiu.

Google dzieli się swoim know how i zaprasza do korzystania z niego w niekomercyjnych celach. Jest to usystematyzowany proces zawierający w sobie kolejne etapy rozwoju pomysłu. Zobacz więcej: https://rework.withgoogle.com/guides/design-thinking/steps/run-a-CSI-Lab-on-design-thinking/

 

Metoda w kilku prostych krokach

Proces przechodzenia od problemu do rozwiązania inspirowany design thinking można podzielić na trzy główne fazy.

Na start:

Świadomość problemu to nie wszystko. By twórczo pracować z wyzwaniem trzeba je odpowiednio sformułować, co wcale nie jest prostym zadaniem. Wyzwanie powinno mieć formę pytania (otwartego!) z dobrze określoną grupą zainteresowanych/odbiorców, sprecyzowaną potrzebą i insightem. Chcesz spróbować? Pamiętaj, by nie lądować jeszcze w rozwiązaniach! Na razie pytanie, pytanie otwarte, podkreślające możliwość i opcjonalność, kładące nacisk na zespołowość („my”), np. Co moglibyśmy zrobić, żeby młodzi Warszawiacy zużywali mniej plastiku, bo chcą być bardziej eko, ale nie wiedzą od czego zacząć? Co moglibyśmy zrobić dla kobiet wracających z urlopu macierzyńskiego, by szybko wdrożyły się do pracy bez nadmiernego stresu? Co moglibyśmy zrobić dla zapracowanej kadry menadżerskiej, by rozwijali swoje umiejętności interpersonalne nie inwestując w to prywatnego czasu? I tak dalej, i tak dalej…

Empatia i badanie potrzeb:

Szanse na stworzenie świetnego produktu lub usługi dla osób, których się nie zna i dobrze nie rozumie są niezwykle małe. Przysłowiowe wchodzenie w buty drugiej osoby, zmiana perspektywy, badania opinii i marketingowe zbliżają do dobrego poznania sytuacji osób, którym chcemy zaproponować nowe, lepsze rozwiązanie. Empatyzowanie jest ważne i pomocne w każdej sferze życia, ale jeśli myślisz o własnym biznesie – proponowaniu innym produktów i usług – to wręcz nie możesz go ominąć. Przykładowe pytania:

  • Kim jest Twój użytkownik? Czego potrzebuje? Za czym tęskni? Czego mu brak? O czym marzy?
  • Co mówi o swojej trudności, problemie? Jak opisuje aktualną sytuację? Jakich słów używa i jak je rozumie?
  • W jaki sposób doświadcza sytuacji, w której chcesz go wesprzeć? Co go denerwuje? Na co traci czas? Jak postępuje i co wybiera?
  • czym myśli? Czego chce dla siebie i najbliższych? Czego chce uniknąć?
  • Co czuje, kiedy mierzy się z daną trudnością? Jakie emocje wywołuje perspektywa rozwiązania? Co symbolizuje dla niego dany problem/produkt/rozwiązanie? Do czego aspiruje? Czego się boi? Co go irytuje?

No i pamiętaj o starym żarciku badawczym – Ty i Twoi znajomi nie jesteście grupą docelową J Wybierz się „w miasto” i znajdź nieznaną Ci do tej pory perspektywę.

Generowanie pomysłów:

W CSI: Lab nazywamy to 10x, bo nie chodzi o generowanie 10% więcej pomysłów, czy 10% lepszych pomysłów, lecz o generowanie 10 razy więcej! W przypadku innowacyjnych pomysłów to ilość przekłada się na jakość. Wyobraź sobie, że jesteś poszukiwaczem pereł – nie możesz poprzestać na otwarciu pierwszej muszli i zachwycać się nią nawet jeśli jest pusta, tylko dlatego, że jest Twoja.

Jedną z moich ulubionych aktywności na warsztacie było rysowanie jabłka (lub pomidora – my też potrzebowaliśmy kreatywnego urozmaicenia!). Nawet nie samo rysowanie tak mnie cieszyło, jak pytanie, które zawsze po nim zadawałam. Ale po kolei, aktywność polegała na tym, że zespół w bardzo ograniczonym czasie – 5 minut – starał się narysować jak najwięcej wariacji na temat jabłka. Wyzwaniem była szalona liczba 30, ale wszystko, co się do niej zbliżało także było dobrym wynikiem. Zasady były proste i tylko dwie: pierwsza osoba rysowała jabłko w pierwszym polu 30-polowej tabelki, a każda kolejna rysowała własną wersję, która była jakoś jabłkowa i inspirowana poprzednim obrazkiem. Ileż z tego było energii, radości i satysfakcji! Kiedy najżywsze emocje opadały pytałam, w którym rzędzie każda i każdy z uczestników znajduje swoje ulubione jabłko. Prawie nigdy nie był to pierwszy i drugi rząd, rzadko też trzeci, a najczęściej czwarty i piąty. Bo z kreatywnością tak jest, że pierwsze pomysły rzadko są genialne. Trzeba kopać głębiej, odbić się od absurdu i szukać zupełnie nieszablonowych i lekko szalonych idei. Obecność innych, inspirowanie się ich pomysłami i możliwość zderzenia własnych pomysłów z ich postrzeganiem to najlepsza trampolina dla innowacyjności.

 

Prototypy i testy:

Najważniejsze, choć tak chętnie pomijane. Nie inwestuj póki nie sprawdzisz! McDonald’s zanim wprowadził McSpagetti dodał go do menu, a zainteresowanych grzecznie informował, że właśnie się skończyło; oczywiście pilnie notując, ile takich zamówień się pojawiło. I wiesz co? Bardzo niewiele ich było! Bo i kto na pastę idzie do „maka”?! A McDonald’s zamiast inwestować w linię produkcyjną nowego dania po prostu udał, że ją ma. Sprawdził biznesową opcję przy minimalnych kosztach. Jeśli Cię to interesuje, polecam świetny artykuł na temat pretotypów i prototypów: https://www.jamasoftware.com/blog/pretotype/

 

A  na koniec najważniejsze – kreatywności można się nauczyć, ale nie trzeba. Dlaczego? Bo każda/y z nas ją ma. Kluczowe jest poczucie pewności we własnej kreatywności. Wiara w to, że jesteśmy w stanie wymyśleć coś ciekawego, a nawet dokopać się do genialnego. Metody i procedury odpalająca innowacyjność po prostu to ułatwiają. No i nic nie jest takim paliwem dla kreacji jak inni ludzie!

Zmiana-niespodzianka. Jak zarządzać zmianą, która na nas spada?

Zmiana, która spada z zaskoczenia, stawia przed wyzwaniem, nie proponuje opcji wyboru. Zazwyczaj nie jest przyjemna, przynajmniej przy pierwszym spotkaniu. To może być covid-19, wypowiedzenie z pracy, zalanie mieszkania przez sąsiada, dziura w ulubionych spodniach, zamknięcie najbliższej piekarni. Rozumiesz? Przypadki, niespodzianki, zaskoczenia. Nie zawsze muszą być jednoznacznie złe, nie zawsze ich skutki są niepożądane, ale gdy się pojawiają to nie jako zapowiedziani i wyczekiwani goście.

Sprawa jest prosta, choć nie jest łatwa: sama świadomość dużo zmienia. Rozumienie procesów, które w Tobie zachodzą, gdy podlegasz zmianie zwiększa szansę na odnalezienie się i lepsze zarządzanie nową sytuacją.

Co warto wiedzieć o zmianie, żeby móc nią lepiej zarządzać?

→ Doświadczenie zmiany wywołuje emocje.

→ Uczucia i emocje wywołane zmianą są różne, ale zazwyczaj układają się w przewidywalny schemat.

→ Zmiana to proces, którego każda faza wymaga uwagi i adekwatnego zarządzania.

 

Emocje w zmianie

Emocje w zmianie pojawiają się praktycznie zawsze. Mogą trochę różnić się w zależności od osobowości, preferencji, stylu życia, ale mało prawdopodobne, żeby ktoś nie przeżywał ich wcale, gdy spada zmiana. W tym aspekcie kluczowa jest umiejętność identyfikowania emocji i uczuć. Trudno jest porządkować stan emocjonalny, gdy język do opisu rzeczywistości nie wystarcza. Czuję się dobrze/źle to za mało. Odczuwam napięcie/nudzę się/czuję się nieswojo to za mało.

Pierwszy krok do lepszego zarządzania sobą w zmianie to uzupełnienie słów do opisywania różnych stanów emocjonalnych.

Dla przypomnienia: emocje podstawowe to złość, radość, smutek, strach oraz zdziwienie i wstręt. Nasze stany emocjonalne są zazwyczaj zakorzenione w jednej z pierwszych czterech emocji lub stanowią ich połączenie. Na przykład: Odczuwam napięcie może być związane z niepokojem o przyszłość albo irytacją, która może być sygnałem złości w małym nasileniu. Na początek więc wystarczy, że sprawdzisz, do której z czterech emocji: złość, radość, smutek, strach jest Ci w danym momencie najbliżej.

 

Etapy zmiany, czyli tzw. cykl żalu

Cykl żalu jest schematem, pewnym uogólnieniem. Jego zaletą jest upraszczanie i wyjaśniania, a to łączy się z jego największą wadą – nie odzwierciedla rzeczywistości w jej złożoności i bogactwie. Należy więc traktować go jako narzędzie, a nie prawdę objawioną.

Koncepcja cyklu żalu pochodzi z prac Elisabeth Kübler-Ross, która jest badaczką śmierci i żałoby. Jej odkrycia okazały się jednak bardzo uniwersalne, bo proces żegnania i żałoby możesz przechodzić w sytuacjach dużo bardziej codziennych niż śmierć bliskiej osoby.

W zmianie, która na nas spada zazwyczaj przechodzimy przez cztery etapy, zanim zmianę w pełni zintegrujemy.

Zazwyczaj jest tak, że gdy spada na nas zmiana to najpierw staramy się ją zignorować. Na różne sposoby zaprzeczamy: może wcale nie jest potrzebna, nie muszę się dostosować a tylko przeczekać, zalecenia antycovidowe są przesadzone, i tak dalej. Na tym etapie często pojawiają się obawy, ale równie często kamuflują się w dystans, zaprzeczanie, podważanie sensu i zasadności. Warto wtedy zatrzymać się i sprawdzić, czy i czego się boisz, co możesz stracić i dlaczego nie chcesz tej zmiany.

Kiedy okaże się, że zmiana jest nieunikniona może pojawić się bunt. To najbardziej waleczny moment. Pojawia się irytacja, złość, chęć konfrontacji, może też obwinianie innych, szukanie winnych i chęć rozliczenia – niech zmianę konsumują ci, co powodują zamieszanie, a nie ja… Ten etap może okazać się bardzo twórczy, bo złość to niezwykła energia. Jednak źle nakierowana może działać bardzo destrukcyjnie. Ważne, by bunt zauważyć, gdy jest ledwie tlącą się iskrą niezgody, a nie, gdy zalewa furia. Zarządzenie energią niższej temperatury jest po prostu prostsze, bezpieczniejsze i z większym prawdopodobieństwem zaprowadzi Cię do naszych celów, w zgodzie z Twoimi wartościami.

Zaprzeczyliśmy, zbuntowaliśmy się, a zmiana mimo to nie zawróciła? Możesz zostać w buncie, możesz cofnąć się do strachu albo przejść do żalu – wysmucić tęsknotę za tym, co właśnie mija, wycofać swoją energię i zregenerować się. Pojawić może się obwinianie lub ucieczka, które zwykle jednak niezbyt nam służą. To czas refleksji i pożegnań. Warto znaleźć swoje sposoby na kojenie smutków i troskę o sobie: jakościowy odpoczynek, karmiące relacje, zdrowe jedzenie, sen i tyle czułości dla siebie, ile tylko zdołasz sobie ofiarować.

Akceptacja to swego rodzaju nagroda za drogę w cyklu zmiany. Od zadziwienia, poprzez złość i smutek można dojść do radości. To niekoniecznie będzie od razu entuzjazm i szalony śmiech, ale może spokój zabarwiony uśmiechem.

Nie zawsze przejdziesz przez cały cykl krok po kroku w równym tempie. Czasem zatrzymasz się po drodze, czasem doświadczysz tzw. cofki, czasem cykle różnych zmian nałożą się na siebie. Zatrzymanie się lub cofnięcie zależy od wielu czynników i zawsze może zostać przezwyciężone. Ale nie musi. Czasem w zakresie naszego wpływu jest powstrzymanie zmiany. Czasem warto to zrobić. W praktyce więc cykl może równie dobrze wyglądać tak:

 

Przygotowanie do zmiany

Nie można do końca przygotować się do zmiany, która na nas spada, bo ta z definicji jest niespodzianką. Można natomiast pracować nad postawą elastyczności i równowagi, dzięki której zmiana nie przytłacza.

Trzy podpowiedzi:

  1. Zadbaj o słownik emocji. Potrzebujesz nazywać swoje stany emocjonalne.
  2. Stopklatka – zatrzymaj się, przynajmniej raz w ciągu dnia, i zapytaj siebie:
    1. co czuję?
    2. co myślę?
    3. jak się ma moje ciało?
    4. czy działania, które podejmuję są zgodne z moimi celami i wartościami?
  3. Zapisz sobie cykl żalu i pomyśl, czy ma dla Ciebie sens. Sprawdź, jak ten schemat ma się w Twoim życiu – czy i jak przeżywasz poszczególne fazy. Na początek weź proste przykłady do analizy, typu: uciekł mi autobus;)

Wsparcie na różnych etapach zmiany:

Zmiana już jest? Może być ciężko, ale to najlepszy teren do praktykowania nowej wiedzy. Jak?

Trzy podpowiedzi:

  1. Spróbuj zabawić się w badaczkę/badacza, która/y nie tylko jest częścią danej sytuacji, ale potrafi oglądać ją z dystansu, z góry – metapoziom pozwala ochłodzić emocje i wzbogaca perspektywę. Za każdym razem, kiedy poczujesz się uwikłana/y w sytuację zrób w wyobraźni krok w tył i zobacz sytuację jak obrazek, bez swojego aktywnego udziału w nim. Co byś powiedziała, gdyby to spotkało Twoją najbliższą przyjaciółkę/partnera/mamę? Jakie wsparcie byś zaproponował/a?
  2. Połącz słowa z odczuciami. Codziennie rano (lub w innym stałym momencie dnia) poświęć trzy minuty i nazwij to, co czujesz. To może być trudne na początek, ale praktyka – wiesz – czyni mistrza/mistrzynię! Pamiętaj o różnej amplitudzie odczuć i spróbuj uwrażliwić się na emocje o niskim nasileniu.
  3. Gdy czujesz narastające emocje zadaj sobie pytanie, czy są odpowiedzią na zdarzenia czy na myśli w Twojej głowie. Nadzwyczaj często lądujemy w tym drugim i to właśnie myśli nakręcają nasze emocje. Spróbuj zrobić stopklatkę i zamiast snuć w głowie czarne scenariusze przełącz umysł na inny tor. To może być afirmacja, na przykład: Jestem silna. Ufam ludziom i światu. Zmiana prowadzi mnie do lepszych rozwiązań. Wszystko idzie po mojej myśli. Otwieram się na obfitość. Na początku to może wydawać się sztuczne, jak joga śmiechu;) Ale pamiętaj, Twój umysł łatwo nabiera się na Twoje myśli – jak się martwisz to się lęka, a jak się cieszysz to się uspokaja.

Celebracja

Nigdy, ale to nigdy nie zapominaj o docenieniu siebie za przejście przez zmianę. To zawsze jest wysiłek. Warto go uznać i w jakiś sposób siebie nagrodzić.

Trzy podpowiedzi:

  1. Powiedz, z czego jesteś zadowolona/y. Co takiego zrobiłaś/eś, że satysfakcjonująco przeszłaś/edłeś przez zmianę?
  2. Podziel się swoim sukcesem. W ten sposób nie tylko Ty się wzmocnisz, ale i dasz komuś pozytywne doświadczenie. Może zainspirujesz do bardziej świadomego przeżywania zmiany?
  3. Celebruj! W jaki sposób nagradzasz się za sukces? Słodycze? Alkohol? Może warto poszerzyć repertuar? Pomyśl, co sprawia Ci przyjemność i koi nerwy. Nigdy nie żałuj sobie tego w celebracji.

Nieco inaczej przeżywamy zmianę, którą sami wybieramy. Inaczej też powinniśmy rozkładać energię i zarządzać odczuciami. Ale to temat na kolejny odcinek 😉

W zmianie niespodziance bardziej wkurza się niepewność początku czy smutek dołka? Czekam na Twój komentarz!

kryzys_wyrozniajace_male

Doświadczenie kryzysu

To będzie dość osobisty wpis. Bo czemu nie? Chcę się podzielić z Wami moimi przemyśleniami i doświadczeniem.

Kryzys to takie brzydkie słowo. Może nawet trochę wstydliwe. Tak strasznie blisko mu do słabości, porażki, straty i tych wszystkich tzw. negatywnych uczuć i emocji. A ja od jakiegoś już czasu bardzo ten stan doceniam. Co więcej, myślę i mówię, że jeśli jesteś w czarnej … to spróbuj się w tym rozsmakować. Brzmi niedorzecznie? Przewrotnie? Niewiarygodnie? No cóż, może trochę tak. Ale może ma swój – nieoczywisty – sens?

Z trudnymi sytuacjami spotykamy się częściej lub rzadziej. Bezpiecznie można założyć, że każda i każdy z nas mierzy się z jakimiś problemami. Indywidualną kwestią pozostaje jaką są to problemy i w jaki sposób nimi zarządzamy. Dzisiejszy świat – tempo i styl życia, wymagania i oczekiwania, promowane ideały i postawy – pozostawiają mało miejsca na to, co niedoskonałe. A co w sytuacji, gdy mierzymy się z wielką stratą? To może być zawodowe niepowodzenie, koniec ważnej relacji, niezrealizowane marzenie. Strategie radzenia sobie z takimi doświadczeniami mogą być różne. Repertuar jest bogaty, każda/y ma swoje preferencje lub po prostu nawyki radzenia sobie z trudnościami. Można zakasać przysłowiowe rękawy i szybko wziąć się do pracy, nadrobić z nawiązką stratę i czym prędzej zapomnieć o całym nieporozumieniu. Można sprawę zracjonalizować – słodkie cytryny i kwaśne winogrona są zawsze pod ręką;) Można też rzucić się w wir hedonistycznych „zapominajek” – zakupy, impreza, alkohol, seriale. Można też spotkać się z własnym bólem.

 

Spotkanie z własnym bólem

Warto spróbować dać sobie czas i zastanowić się, co tak naprawdę czuję. Czy to złość, smutek, czy strach? A może wszystko po trochu? Czy za tą złością chowa się ból, a za strachem nadszarpnięte poczucie własnej wartości? Takie zatrzymanie się i wgląd w siebie wymaga czasu, uważności, pewnej czułości wobec samej/samego siebie i – jakby nie patrzeć – odwagi.

Możesz się zdziwić, gdy świadomie zwrócisz uwagę na swoje myśli o sobie w sytuacjach, kiedy coś idzie nie po Twojej. Potrafimy w myślach nawrzeszczeć na siebie z powodu mniejszych lub większych niepowodzeń, jak: spóźnienie na spotkanie, niezrealizowane na czas zadanie, mało błyskotliwa riposta, marna randka, średnia prezentacja, przegrana oferta.  Co w takich sytuacjach o sobie myślisz? Czy to, co sobie mówisz w myślach powiedziałbyś w analogicznej sytuacji do przyjaciela?
…właśnie.

Można doświadczyć trudnej sytuacji i fali uczuć z nią związanych bez karcenia siebie, ale i bez nadmiernego rozczulania się nad sobą, jednocześnie nie ignorując specyficznych potrzeb, jakie pojawiają się w takich momentach?
Jak to zrobić?

  1. Nazwij zdarzenie – chodzi o fakty, a nie Twoją interpretację!
  2. Nazwij uczucia, jakie się w Tobie pojawiają. Nawet jeśli te się dynamicznie zmieniają.
  3. Zastanów się czego potrzebujesz w tej sytuacji. Czy sam/a możesz sobie to dać? Kto i jak może Ci teraz pomóc? Czy zechcesz się po tę pomoc zwrócić?

 

Miłość do siebie

Ostatnie, co chciałabym w tym miejscu robić to dawać receptę na kryzys. Takiej uniwersalnej recepty działających na wszystkich na pewno nie ma. Ale jest coś, w co głęboko wierzę. Szacunek, uznanie i troska wobec osoby doświadczającej trudnej sytuacji. Miłość po prostu, jeśli dotyczy to osób nam najbliższych. 

Czy kryzysie traktujesz siebie, tak jak potraktował(a)byś najbliższą osobę, które mierzy się z trudnością?

 

Samoocena powinna być adekwatna. Jeśli przez nieuwagę albo arogancję zaniedbaliśmy ważne zadanie to trzeba to przyznać i po prostu to uznać. Jeśli przez nieuwagę coś straciliśmy to musimy się z tym zmierzyć. Jeśli nasze kompetencje okazały się niewystarczające wobec jakiegoś wyzwania wiele można się z takiej lekcji nauczyć. To jednak nie powinno mieć wpływu na nasze poczucie własnej wartości. Ono jest związane z nami jako indywidualną osobą, z naszą godnością i niepowtarzalnością. Doświadczenie nie powinna go umniejszać. Miłość do siebie bardzo pomaga w takiej postawie. I mądrze osadza. Kocham i akceptuję siebie to dobra mantra na chwile kryzysu.

 

Kiedy odpuścić?

Skąd wiadomo, czy sytuacja, której doświadczamy jako trudnej to ciekawe wyzwanie, trudność do przezwyciężenia, super okazja do „wyjścia ze strefy komfortu” czy jednak kryzys, któremu należy się nasza uwaga i czułość? To zawsze jest pewna niewiadoma, może nawet dylemat. Pytaniem, które może tu stanowić ważną wskazówkę jest to o nasze nawyki. Czy w trudnej sytuacji raczej odpuszczasz, czy starasz się do końca realizować własne założenia? Gdy Cię coś boli, kosztuje dużo wysiłku to zazwyczaj odpuszczasz, czy mimo przeciwności realizujesz założony cel? Używasz wymówek, czy raczej nadużywasz siebie? Prawdopodobnie jedno z tych podejść jest dla Ciebie odruchowe i wybierane nawykowo, a drugie jest dla Ciebie nietypowe. Niezależnie którą strategię preferujesz na co dzień dla świadomego i pełniejszego przeżycia kryzysu możesz spróbować tej drugiej opcji.

 

Jak doświadczać kryzysu?

To proste – jak chcesz! Masz siłę i werwę, by walczyć i na tę sytuację metafora walki najbardziej Ci pasuje? OK, walcz. Jeśli walczysz zawsze i Cię to zmęczyło możesz sprawdzić, co stanie się, gdy odpuścisz. Daj sobie wtedy czas. Daj siebie miłość i wyrozumiałość, jaką obdarował(a)byś najlepszego przyjaciela w takiej sytuacji. Pytaj siebie: Jak się dziś czuje moje serce? Sprawdzaj, jakie myśli Ci towarzyszą, miej świadomość odczuć. Postaraj się sprawdzać na bieżąco, czego potrzebujesz. I, jeśli to możliwe i sensowne, podążaj za tymi potrzebami. Nie jest to kwestia folgowania wszystkim swoim zachciankom, choć oczywiście czekolada i wino lubią się z kryzysami 😉 Rozróżnienie potrzeb i pragnień to jedna z ważniejszych kwestii w mądrej miłości do siebie. A póki co, może te pytania będą dla Ciebie wskazówką do tego, jakiego kryzysowania w danej sytuacji potrzebujesz najbardziej:

 

→ Co czuję? Czego potrzebuję?

→ Co robię nawykowo, a co jest dla mnie nietypowe?

→ Jeśli mam poczucie straty, co mogę zrobić w danej sytuacji, by ją zminimalizować lub zlikwidować?

→ Czego się uczę w tej sytuacji?

→ Jakie skrajności/różności się we mnie „mieszczą” (np. złość i wdzięczność, strach i brawura, smutek i nadzieja, etc.)?

 

I z całą pewnością nie krzycz na siebie! Nie obrażaj siebie.
Co z tego, że tylko w myślach, działa tak samo destrukcyjnie na umysł, ciało, uczucia i moc do działania.

zdjęcie wyróżniające_BHAG_mniejsze

Osobisty BHAG

Kim jesteś za 10, 20 lat? 
Gdzie i jak żyjesz?
Co robisz?
Jak wyglądasz?
I jak się czujesz? 

Wiesz? Myślisz o tym czasem? Nie proponuję Ci żmudnego planowania, choć to może być ważne i wartościowe. W tym miejscu zapraszam Cię do odważnych wizji.

BHAG to wyzwanie i zachęta do marzenia. I to nie byle jakiego, bo wielkiego!

BHAG

Co to jest BHAG? To akronim z angielskich słów:

Big
Hairy
Audacious
Goal
,

czyli wielki, włochaty, zuchwały cel.

Chodzi tu o niebanalny, odważny i właśnie zuchwały cel. To może być wizja życia albo ważne marzenie, raczej nie codzienna lista ‚todosów’. BHAG ma sam w sobie stanowić marzenie i wyzwanie, które wywołuje uśmiech, ale i trochę onieśmiela. Albo wręcz przeraża!

BHAG ma być:

  1. na tyle ambitny – wielki i bezczelny – by znaleźli się ludzie, którzy zechcą „popukać się w głowę” nad jego nierealnością i niemożliwością. 
  2. i jednocześnie na tyle dostępny, realistyczny i prawdopodobny, byś ty sam/a nigdy nie zwątpił/a, że to najlepszy możliwy plan na twoje życie.

BHAG: korzenie

BHAG to pojęcie związane głównie z biznesowymi strategiami, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by zainspirować się nimi dla rozwoju osobistego i zawodowego. Ta koncepcja pochodzi z książki Jamesa Collinsa i Jerry’ego Porrasa Built to Last: Successful Habits of Visionary Companies. Do dziś jest używany jako inspiracja i podejście w budowaniu strategii.

BHAG może być wizją firmy lub własnej osoby, która cieszy i dodaje przysłowiowych skrzydeł. Powinna być zgodna z Twoimi wartościami, kompetencjami, potrzebami i możliwościami. Powinna też przekraczać pułap tego, co wiesz, że osiągniesz bez trudu. W końcu to hairy cel!

BHAGi, które mogą cię zainspirować:

  • Microsoft: Komputer na każdym biurku i w każdym domu.
  • SpaceX: Umożliwić człowiekowi eksplorację i zasiedlenie Marsa.
  • Google: Zorganizować światową informację i sprawić, by była dostępna i pomocna.
  • Nikt nie powinien zginąć ani zostać poważnie ranny w Volvo wyprodukowanym po 2020 roku.

BHAG: osobista perspektywa

Co może być osobistym BHAGiem? Na przykład jesteś dziś wziętym specjalistą, nieźle zarabiasz, ludzie się z tobą liczą, ale za 10 lat to z Twoim nazwiskiem wszystkim ma kojarzyć się dziedzina, którą się zajmujesz. Pracujesz na uczelni, prowadzisz ciekawe badania, publikujesz co nieco, a za 15 lat chcesz mieć własną katedrę.  Jesteś coachem i przykro ci, z czym większości ludziom kojarzy się coaching, więc chcesz w ciągu 20 lat pomóc przynajmniej milionowi osób i w ten sposób przekonać ich do rozwoju. Rozumiesz? Mierz wysoko, ale wiedz, że jesteś w stanie tego dokonać. I że bardzo tego chcesz.

Jak określić swój BHAG? Kilka pytań, które mogą ci w tym pomóc:

→ Jaki plan, pomysł, marzenie wywołuje w tobie wewnętrzny uśmiech?

→ Czy to marzenie jest zgodne z twoimi wartościami?

→ Jak myślisz, jak będziesz się czuł, kiedy to osiągniesz? A co na drodze do tego celu?

→ Gdy pojawia ci się lekko złośliwa myśl typu: Ja wam jeszcze pokażę to co chcesz pokazać?

→ Co jest jednocześnie twoim obszarem kompetencji, pasji i unikatowości? W jakiej dziedzinie masz szansę być wybitna/y?

→ Co osiągniesz na pewno lub z dużym prawdopodobieństwem w ciągu najbliższych 10-20 lat? Co jest dla Ciebie możliwe, ale trudne do osiągnięcia? A o czym boisz się marzyć?
Swój BHAG możesz znaleźć między odpowiedziami na dwa ostatnie pytania, ale najciekawiej dla Ciebie jeśli zdecydujesz się na tę ostatnią.


BHAG to marzenie i cel. To wyzwanie. Ma być lekko obrazoburcze, bo podważa status quo. Jednocześnie koncentruje energię, wyzwala radość i motywuje. Na zewnątrz może budzić powątpiewanie, ale w środku rozpala wiarę. BHAG to kompas i dopalacz.

zdjęcie_świadoma niekomptencja_małe

Świadoma niekompetencja

Czy można cieszyć się ze świadomej niekompetencji?

Model świadomej i nieświadomej kompetencji bywa także nazywany dołkiem uczenia się i krzywą uczenia się. Pochodzenie teorii nie jest jednoznaczne, ale opisanie jej zawdzięczamy Rameshowi Mahay.

W największym skrócie chodzi o to, że po uzyskaniu biegłości w jakimś obszarze minimalizujemy umysłowe nakłady na jej wykonanie: nie tylko wiemy, jak dane zadanie wykonać, ale i poszczególne jego etapy wykonujemy machinalnie, nawykowo. Klasyczny przykład to jazda samochodem. Jeśli prowadzisz go w miarę regularnie to już od dawna skręt nie jest dla Ciebie sekwencją drobiazgowych czynności, jak włączenie kierunkowskazu, zjechanie na odpowiedni pas, sprzęgło-redukcja biegu-adekwatny gaz, skręt kierownicy poprzez odpowiednie chwytanie jej i przesuwanie, etc. Ty po prostu skręcasz, prawda? Podobnie jest z każdą inną czynnością. Gdy wyrobimy nawyk, nie musimy zastanawiać się i decydować o każdym kolejnym kroku, robimy to skuteczniej i szybciej, pozostawiając sporą dawkę naszej uwagi i koncentracji dla innych spraw. Przysłowiowe schody zaczynają się, gdy pojawia się zmiana. To może być lewostronny ruch albo skrzynia biegów dla przyzwyczajanych do automatów.

Podobnie, sytuacja zmienia się diametralnie, gdy uczymy się czegoś nowego. Czy masz jakieś możliwie świeże wspomnienie uczenia się czegoś? Może tańce, jakaś gra zespołowa, nowe urządzenie? To zawsze wymaga sporo wysiłku na początku. Te niezdarne ruchy, długie minuty dla najprostszych decyzji, a później pierwsze ślamazarne ruchy. I jak to wygląda? No cóż, zazwyczaj estetyka jest wątpliwa, choć bywa urocza. Pełne skupienie, zaciśnięte wargi lub język na wierzchu, wytrzeszczone oczy. W przestrzennych, nowych ruchach nasze ręce i nogi współgrają jakby pierwszy raz w życiu się spotkały. Tak, takie bywają oznaki naszego wysiłku.

nieświadoma niekompetencja – świadoma niekompetencja – świadoma kompetencja – nieświadoma kompetencja

Ta niebywała zgrabność i polot w tzw. dołku uczenia się to świadoma niekompetencja, którą wyznacza moment uświadomienia sobie, że czegoś nie umiemy. Nie dużo lepiej jest na etapie świadomej kompetencji, czyli czasu, kiedy zaczynamy już wykonywać nowe czynności, ale nadal kosztuje nas to sporo uwagi i wysiłku.

Większości własnych niekompetencji nie jesteśmy świadomi, bo nawet o nich nie myślimy – biegłość w japońskim, szydełkowanie, montowanie bojlerów, etc. Uświadomienie sobie własnej niekompetencji to szczególny moment, który poprzedza przełomową decyzję o potrzebie, a może i chęci, poszerzenia danej kompetencji. To nie musi być radosna eureka, to może zwyczajnie wkurzać. Ktoś, kto poświęcił kawał swojego życia na kształcenie znów dowiaduje się, że jest coś nowego, co trzeba przeczytać, przećwiczyć, włączyć do działania. Czasem pojawia się pomysł, by nie tylko doskonalić znane, ale zająć się czymś nowym, nie odkrytą jeszcze dziedziną; wtedy trudno nawet określić, od czego naukę należy zacząć.

Świadoma niekompetencja to także szansa na rozwój i odkrywanie nowego. Wiele zależy od nas: czy to będzie początek fantastycznej przygody, czy kolejna, mozolna robota?

A później świadoma kompetencja, czyli jest lepiej, ale jeszcze długa droga przed nami. W jaki sposób Ty doświadczasz siebie jako osoby uczącej, początkującej? Nauka może być przyjemna, satysfakcjonująca, dodająca energii. Może być także związana z frustracją, stresem, niezadowoleniem. Wiele zależy od tego, czego się uczymy – czy sami wybraliśmy nowe zajęcie lub doskonalenie się w jakimś obszarze; czy jesteśmy w stanie dostrzegać postępy; czy jesteśmy wspierani w wysiłkach i sami siebie wspieramy. Zapewne jest wiele innych czynników, a dla każdego klucz do dobrej nauki może być inny. Czy Ty znasz swój?

Co jest ważne, by nauka była nie tylko skuteczna, ale i przyjemna? Czyli jak cieszyć się ze świadomej niekompetencji:

  • Jasno określony cel – zastanów się, po co właściwie zdobywasz nową kompetencję i nie zapominaj o tym w mozole działania;
  • Realistyczny plan – nikt nie nauczył się skomplikowanej czynności w jeden dzień, zbyt ambitny plan to doskonała recepta na frustrację;
  • Docenianie – już sam fakt podjęcia decyzji o poszerzeniu własnej kompetencji jest wart docenienia, uznanie to paliwo na kolejne etapy;
  • Wsparcie – pozwól sobie pomóc życzliwym Ci ludziom, nie bój się też prosić o pomoc;
  • Pożegnanie perfekcjonizmu – parafrazując Marsellusa Wallace’a z Pulp Fiction Perfekcjonizm tylko boli, a nigdy nie pomaga. Zwalcz go w sobie. Nauka wymaga potknięć, prób i błędów, bezradności, szukania kreatywnych rozwiązań;
  • Poczucie sensu to najlepszy barometr dobrej drogi i adekwatnych działań. Oczywiście, że często uczymy się czegoś, czego wcale nie chcemy, ale i wtedy robimy to ze względu na jakiś inny cel. Jeśli jednak sam/a wybrałeś lub osobiście uznałaś/eś swój obszar nauki to poczucie sensu osadzi Cię i wzmocni w tym procesie.

Co jeszcze dodasz do tej listy?