permakultura

Comfort change, czyli zmieniaj i żyj, jak chcesz!

Byłaś ostatnio na łące?

Uwielbiam letnie łąki, pełne wszystkiego i niczego. Najpierw zielone od traw, z czasem i słońcem żółkną. Stale przeplatane kolorowanymi kwiatami: maki, niezapominajki, stokrotki. Chętnie rozkwitają w przydrożnych rowach, na miejskich skwerach i pustych przestrzeniach na obrzeżach wsi. Wzrusza mnie, kiedy myślę o bogactwie, którego nikt nie planuje, może nawet nie chce, a które i tak rozkwita. Ale czy wiesz, że łąkę można zestresować? Serio! Dlatego na pastwisku wyznacza się części, które cyklicznie chroni się od pasących zwierząt, żeby trawa mogła odpocząć i się zregenerować. Podobnie może być z glebą. Ja wczoraj stworzyłam swoją pierwszą grządkę permakulturową i jestem nią zachwycona. Jednym z założeń tego podejścia jest nieprzekopywanie ziemi, żeby nie stresować gleby, czyli nie niszczyć naturalnego mikrosystemu, który w niej żyje.

Dlatego, jak myślę o wszędobylstwie stresu to mi po prostu ręce opadają. Każda i każdy z nas doświadcza go zdecydowanie za dużo, co pokazują choćby liczby środków przeznaczanych na leczenie chorób związanych ze stresem. Ale nie o tym. Chodzi o zmianę i to taką zmianę, która może ekscytować, ale nie musi stresować.

~~~

Nigdy nie byłam fanką „wychodzenia poza strefę komfortu”. Oczywiście wiem, i sama często tego doświadczam, że największe zmiany nie dzieją się na hamaku w kojącym cieniu. Nie uważam jednak, że muszą oznaczać wielki wysiłek, rany na ciele i w psychice, narażanie się i nadużywanie jak na wojnie.

Komfortowa zmiana oznacza dla mnie taki kierunek i tempo działań, w których możesz bezpiecznie robić małe kroki, a one nie uruchamiają Twojego systemu alarmowego. Bo wiesz, umysł naprawdę nie lubi zmiany, niepewności i nieznanego, dlatego chroni Cię, zniechęcając do zmiany. Ma parę dobrych metod na to!

Ale można też wprowadzać zmianę w taki sposób, żeby nie alarmować tych części Ciebie, które wolę chronić niż zmieniać.

Proponuję ci pięć sposobów na mniej stresującą zmianą. Przetestuj i zobacz, co Tobie służy najlepiej – daje komfort, a jednocześnie jest skuteczne.

sposób 1

Małe kroki pewnie znasz. Jakkolwiek zmiana nie jest duża podziel ją na takie części, które bez problemu i nadmiernego wysiłku wykonasz przy jednym podejściu.

Jak można podzielić duży projekt na małe kroki? Najprościej na czas lub na kawałki.

→ Możesz na początku przeznaczyć kwadrans (5 minut też jest OK!) dziennie i robić cokolwiek w temacie, który chcesz ruszyć do przodu.

→ Możesz też podzielić projekt na małe zadania. Piszesz? Załóż 200 słów dziennie na początek. Chcesz ćwiczyć, niech to będzie swobodny ruch do jednej ulubionej piosenki zaraz po przebudzeniu. Marzy Ci się zdrowsza dieta, zacznij od jednej porcji warzyw w ciągu dnia.

Rozumiesz? Mały krok naprawdę ma być mały.

sposób 2

Z małymi krokami ściśle wiąże się inna zasada: tylko do granicy oporu. Jeśli chcesz skutecznej i trwałej zmiany to nie naciskaj za mocno na siebie! Każdy etap comfort zmiany jest na luzie i w spokoju. Czujesz, że jedzenie jednej porcji warzyw każdego dnia jest fajne, ale nie znajdziesz na to czasu? Zacznij od soku albo liścia sałaty. Rano tańce? Cała piosenka? Nie mieści Ci się to w głowie? Zacznij od jednego przeciągnięcia się po wstaniu z łóżka. 200 słów tekstu?! OK, jedno zdanie też jest w porządku. Na pewno rozumiesz – chodzi o takie wprowadzanie zmiany, które na żadnym etapie nie jest dla Ciebie bolesne. A kiedy mała zmiana się przyjmuje, zwiększasz zakres. Do przeciągnięcia dodajesz przysiad, do liścia sałaty plaster pomidora, i tak dalej. Jeśli przesadzisz i zrobi się ciężko, cofasz się i zmniejszasz porcję nowości.

Ważna jest tylko konsekwencja – warto utrzymać rytm i stopniowo zwiększać zakres.

 

Poważną barierą przed wprowadzeniem zmiany, nawet małymi krokami, może być strach.

To strach, tak często obecny w zmianie (choć równie często wypierany) może być winowajcą dyskomfortu.

Ale mam dwa pomysły, jak możesz działać pomimo strachu i robić komfortową dla siebie zmianę.

sposób 3

Działaj pomimo strachu, a nie bez strachu. To jest ważna i poważna różnica. Często spotykam się z postrzeganiem odwagi jako nieodczuwaniem strachu. A to nie do końca o to chodzi. Jeśli w obliczu wyzwania osoba nie odczuwa żadnego strachu to albo to wyzwanie nie jest dla niej tak naprawdę wyzwaniem albo jest brawurowa. Odwaga to złoty środek pomiędzy tchórzostwem i brawurą, czyli właśnie działanie pomimo strachu, a nie bez strachu. Złoty środek oznacza, że jednego i drugiego – strachu i brawury jest po trochu. Pasuje Ci to? Zgadzasz się?

Koniecznie sprawdź, jakie masz przekonania na temat strachu przed zmianą i odwagą w działaniu. Sprawdź, czy nadal Ci one służą, czy może wymagają zmiany.

Następnie, jeśli nadal czujesz więcej strachu niż odwagi odpowiedz na pytanie, co Cię bardziej motywuje w działaniu: ciekawość czy miłość.

Ciekawość? Wtedy zrób i zobacz, co się wydarzy.

Miłość? Zrób to dla kogoś.

Tak, to wystarczy. Nie musisz stale skupiać się na sobie i swoich wewnętrznych przeżyciach. Spróbuj i zobacz, co z tego będzie. Idąc małymi krokami na pewno się nie sparzysz. Działanie jest najlepszym lekarstwem na lęki.

sposób 4

Nagroda to prosty, żeby nie powiedzieć prostacki sposób motywowania. Ale też niezwykle skuteczny! Tylko Ty wiesz, co Cię najbardziej kusi i cieszy. Może jest coś, czego odmawiasz sobie od dłuższego czasu? Może jest coś w kategorii fanaberii, co może i miłe, ale też zupełnie niepotrzebne, więc to odkładasz. Jeśli masz cokolwiek takiego, możesz wykorzystać to w zmianie, szczególnie w krytycznym momencie.

U mnie takim momentem jest początek. Czasem zbyt długo coś odkładam, a potem okazuje się, że nie było to takie straszne ani takie nieprzyjemne. W krytycznych sytuacjach sięgam po przekupstwo samej siebie, żeby wystartować. Radość mam wtedy podwójną – pchnęłam projekt i mam nagrodę! Jeśli trudniejsza jest dla Ciebie motywacja w trakcie trwania procesu albo dokańczanie rozpoczętych spraw to analogicznie wrzuć swoją zachętę do środkowego etapu lub do finalizacji.

Pamiętaj tylko, że z nagrodami za działanie związane jest niebezpieczeństwo, że zabijesz motywację wewnętrzną. Trzeba więc używać ich z głową, a nie jakbyś chciała ożywić psa Pawłowa 😉

sposób 5

Zamiast korzystać z gotowych rozwiązań i próbować się do nich dopasować, stwórz własną strategię comfort change. Proponuję Ci rozwojową przygodę. Przygotowałam dla Ciebie IDEAwarsztat: parę kartek, kilka pytań i przestrzeń dla Ciebie do poszukiwań. Zaczniesz od swojego doświadczenia i na jego podstawie, z moimi podpowiedziami, stworzysz swoją strategię komfortowej zmiany. Co Ty na to?

Jedyne czego potrzebujesz to chwila spokoju i przestrzeń na refleksję.

Na początek przypomnij sobie doświadczanie skutecznej zmiany, najlepiej świeże – z wiosny tego roku. Odpal IDEAwarsztat i działaj!

Może być tak, że czujesz zmęczenie monitorem komputera i telefonu. Dlatego serdecznie polecam Ci wydrukować (przynajmniej strony 4-7) IDEAwarsztatu, wziąć nie tylko długopis czy pióro, ale i kolorowe kredki, mazaki, farbki i zabawić się w detektywistyczną podróż po własną receptę na comfort change.

Tak, wiem to wymaga trochę pracy i czasu, nie jest gotową receptą na rozwiązanie. Ale Ty o zmianie wiesz już dużo i jeśli połączysz to ze swoimi, zupełnie indywidualnymi i niepowtarzalnymi preferencjami to powstanie dużo skuteczniejszy sposób na comfort change, niż dostępny gotowiec.

Podziel się swoją strategią – napisz, pogadamy o tym!

~~~

 

To jak, czy jest jakaś zmiana, którą możesz wprowadzić jak na regenerującej się łące lub wyluzowanej permakulturowej grządce?

zmiana na/w święta

Z okazji pandemii przeniosłam się do życia w lesie. Wczesnym popołudniem wychodzę na spacer. Otwieram drzwi i jestem w lesie. Ten spacer to część mojego dziennego rytuału. Jedna z lepszych! Robi mi dzień po prostuJ

Pogoda co prawda rzadko nastraja do wędrówki. Mrozu może nie ma, ale jest chłód podszyty wilgocią i wiatrem. Najlepsza pora roku – zima bez zimy;)

Ale OK wychodzę, więc już jestem z siebie zadowolona. Przechodzę pół kilometra, dobrze wiem, bo tyle idzie się Macierzanki do Borowików. Czuję, że mam kamyk w bucie. No trudno, myślę. Mały jest, myślę. Nic mi nie zaszkodzi. A buty mam wysokie, turystyczne, wiązane. Nie chce mi się po prostu odwiązywać i ściągać tego buta. Na tym wilgotnym chłodzie.

Właściwie to dość często tak robię. Właściwie to po jakimś czasie przyzwyczajam się do tych kamyczków. Właściwie to nie przeszkadzają. Może nawet się układają. Gdzieś z boku?

Ale ten nie chce. I nagle dopada mnie myśl: „Zadbam o siebie”! Serio! Tak pomyślałam. Rozwiązuję buta, wyrzucam kamyk, zawiązuję z powrotem i idę dalej. No dobra, jeszcze rękawiczki musiałam zdjąć. Całość przedsięwzięcia zajmuje poniżej minuty, wysiłek poniżej 1 w skali 1-10.

A mogłam jeszcze godzinę iść z kamykiem.

~~~

O co mi chodzi w tej leśnej opowieści?

Może masz tak czasem, że uwiera Cię kamyk. To może być fizyczny kamyczek, jak ten z buta, a może być zupełnie metaforyczny.

Taki kamyczek może być zupełnie nieszkodliwy. Może być też bardzo irytujący. Do jednego i do drugiego można się przyzwyczaić. Pytanie tylko czy warto?

W okresie świąt możesz doświadczać wiele kamyczków. Ja doświadczam. Większość z nich mogę wrzucić do worka „tradycja”, pozostałe to oczekiwania innych (tak naprawdę często ubrane w „tradycję”). Opowiem Ci jak radykalnie rozprawiam się z tym worem w tym roku. Zobacz, czy coś Cię zainteresuje (może zainspiruje?) i zatrzymaj się na chwilę, żeby wyrzucić niepotrzebny kamyczek z buta. Dalej w święta idź lekko i tak jak chcesz.

~~~

W tym roku postanowiłam poszukać odpowiedzi na pytanie, jak ja lubię i chcę spędzać święta. Znudziło mnie we mnie samej stwierdzenie „ja to za świętami nie przepadam”.

To nie może być cała prawda o mnie i moim stosunku do świąt. A przynajmniej nie jest dla mnie wystarczająca.

Dla zapewnienia sobie tak zwanego świętego spokoju do poszukiwań i odkrywania, co mi w duszy gra postanowiłam spędzić te święta sama. Taki rok, taka potrzeba, tak mi pasuje. I wiesz co? Sama ta decyzja zadziałała magicznie!

Mam pewność, że wszystko, co robię, robię dla siebie i ze względu na siebie. Nic nie podgrywam, nie spełniam żadnych oczekiwań, nie wyrabiam się w niczym. Uzyskałam swój punkt zero. I co się okazuje? Często odpalam sobie świąteczną muzykę, obejrzałam już trzy świąteczne komedie romantyczne i z przyjemnością szukam inspiracji kulinarnych do tego, co sobie przygotuję do jedzenia.

Przez wiele lat dopasowywania się do tzw. tradycji, potrzeb i zwyczajów innych nie miałam przestrzeni, żeby zastanowić się, co tak naprawdę jest dla mnie ważne w świątecznym czasie. Męczyły mnie okropnie przygotowywania, dyskusje o prezentach, kilkugodzinne siedzenie przy stole. Jeśli chodzi o jedzenie to nie cierpię oceniania i komplementowania potraw zrobionych przez innych, jak dla mnie zbyt często na pokaz – moje wegańskie zamienniki szczególnie się tu wybijają, a ja zgłosiłabym się do konkursu, gdybym chciała być oceniana!

~~~

Jeśli Ty uwielbiasz wszystko, co spotyka Cię w święta to super! I skoro masz święta, jakie lubisz i jakich potrzebujesz – zmiataj stąd piec pierniki i lepić pierogi. Może po prostu nie potrzeba Ci żadnej zmiany w tym temacie.

~~~

Możesz spędzić święta, jak chcesz.

Myślę, że moja sytuacja nie jest odosobniona. Skoro dalej czytasz to i Twoja jest chociaż trochę podobna. Znam wiele osób, które nie przepadają za świętami. Część z nich zmienia coś w rodzinnych rytuałach, ale część nie robi nic, tylko się męczy. Jak ja czasem z tym kamykiem w bucie. Co ciekawe, wszystkie osoby, o których wiem, że zdecydowały się na modyfikację utartych schematów tradycji są z tego zadowolone. Nawet więcej – są dumne.

 

Proponuję Ci zacząć od prostych, ale – nie ukrywam – niełatwych pytań:

→ Co lubisz w świętach? Co daje Ci radość?

→ Za czym tęsknisz, kiedy daleko do świąt?

→ Co Cię wkurza w świętach?

 

Święta powinny w jakiś sposób odróżniać się od nieświątecznego czasu.

Mają być wyjątkowe.

Ale tę wyjątkowość możesz zdefiniować po swojemu.

~~~

Zerknij na koło:

Sprawdź, czy w każdym z tych obszarów dbasz o siebie w święta.

 

Mój rozkład pomysłów według 5 obszarów:
Na święta oczywiście 😉

  • myśli – dbam o dobre, karmiące myśli, mówię do siebie czule i czytam dobrą książkę (powieść! A nie jakąś do doktoratu).
  • działania – testuję nowe i ciekawe pomysły kulinarne w poszukiwaniu rybnych smaków bez ryby (dziś w ramach prób zrobiłam doskonałą bez-rybę z bakłażana nadziewanego tofu smażonego w nori i bezglutenowej aromatycznej panierce – tak, to prawda, jestem z niego dumna!).
  • emocje – stale sprawdzam, co daje mi radość, szukam podniosłości, otwieram się na dumę i pozwalam sobie na łzy, kiedy się wzruszam.
  • duch – czuję się uduchowiona, ale jestem niespecjalnie religijna. Natomiast odkryłam, że bardzo lubię chodzić na pasterkę, więc i w tym roku się wybiorę, żeby razem z innymi śpiewać kolędy. Nie cierpię powiedzonka „święta, święta i po świętach”, dlatego mam w planie medytację i porządne chwile sama ze sobą na refleksję, żebym nie miała wrażenia, że święta mi uciekły.
  • ciało – spacery, joga, dobre jedzenie, czyli takie akurat: bez przejadania się i bez jedzenie czegoś, na co nie mam ochoty (to całe próbowanie wszystkich potraw jest zdecydowanie nie dla mnie!).

 

Co Ty na to?

Wchodzisz w to?

~~~

Jest jeszcze jedna kwestia. I to bardzo ważna kwestia. Ani Ty ani ja nie żyjemy w społecznej próżni. Ani nawet na bezludnej wyspie. Pytanie więc, co z innymi, jeśli Ty zaczniesz wprowadzać zmiany?

 

Każda, także mała zmiana rusza i porusza system. A system ma to do siebie, że woli trwać i chronić, niż się zmieniać. Na modyfikację reaguje więc stawiając opór. Ten opór może przybierać różne formy, choć najbardziej prawdopodobne jest, że członkowie rodziny (ale może też przyjaciele i znajomi) zechcą wytłumaczyć Ci, dlaczego źle robisz i jak wiele ryzykujesz mówiąc tradycji: „sprawdzam”. To normalne. I przewidywalne. To jest ich prawo, a także prawo samego systemu. Twoim prawem jest natomiast asertywność i dbanie o swoje potrzeby.

~~~

 

Zmiana sposobu spędzania świątecznego czasu będzie zupełnie różna, jeśli tej zmiany potrzebujesz nie tylko Ty, ale i ktoś Ci najbliższy. Wiadomo, razem raźniej. Można wspólnie zastanawiać się, co służy, a co już się „przejadło”. Czy rzeczywiście na Wigilii musi być i barszcz, i grzybowa? Czy warto jechać 400 km, żeby odwiedzić ciocię? Czy robimy wszystkim prezenty? I tak dalej i tym podobne. Oczywiście, może się zdarzyć, że nawet z tą drugą połówką od zmiany napotkacie istotne różnice zdań i preferencji. Wtedy warto pogadać. Gadać, gadać i gadać, aż dotrzecie do miejsca, w którym rozjaśnia się, o co tak naprawdę chodzi. W tych rozmowach warto nazywać potrzeby i szukać granic – do jakiego miejsca jest dla Ciebie fajnie, kiedy jest nadal OK, a kiedy wchodzisz na niebezpieczny grunt, w którym zaczynasz się nadużywać. Warto zainwestować czas i energię szukając konsensusu, a nie godzić się na kompromis.

~~~

Życzę Ci wspaniałego, świątecznego czasu!

Niech będzie taki, jak chcesz. Po prostu.

Zmieniaj i spędzaj święta, jak chcesz.